Justyna Steczkowska: "Nie boję się paparazzich"

Podobno przeszła operację pośladków, nóg, żeber a nawet... nosa! zabiegów, o które jest posądzana, nigdy nie zrobiła, ale być może zrobi w przyszłości. Na razie w pełni akceptuje swoje ciało.

fot. Mateusz Stankiewicz / Af Photo
- Już od czterech lat jesteś jurorką w konkursie „Najlepsze dla urody”. Zgodziłaś się na to z miłości do kosmetyków?
Justyna Steczkowska:
Chyba tak, jak większość kobiet lubię kosmetyki. Poza tym fajnie się spotkać z tymi wszystkimi kobietami, które też są w jury, pogadać sobie o różnych nowościach, ale i o tym, co u nas słychać. Konkurs zawsze sprowadza mnie na ziemię. Nie jestem specjalistką w kosmetyce, tylko muzykiem, więc jak czytam ulotkę, to wierzę w to, co jest tam napisane. Tymczasem nasza dermatolog z jury dr Chlebus mówi: „Tego składnika tu nie ma, to nie działa, a temu opisowi w ogóle nie warto wierzyć”. Testuję to potem na sobie i rzeczywiście efekt jest dokładnie taki, o jakim mówiła.

- Zawsze znajdujesz czas i siły na wklepywanie kremów i balsamów?
Justyna Steczkowska:
Czasem pozwalam sobie na leniuchowanie. Wtedy moim kosmetykiem jest długi spacer po okolicznych łąkach i lasach. Wyjątkiem jest czas, kiedy mocno świeci słońce.Staram się nie opalać twarzy, więc zawsze smaruję ją kremami z wysokim filtrem. Do ciała podchodzę już mniej ostrożnie. Wiem, że jak zapomnę użyć kremu ochronnego, to po powrocie do domu nałożę mój ukochany krem do ciała Capture Totale Diora. Rewelacja! Skóra jest po nim jak prawdziwy jedwab – delikatna i lśniąca.

- Myślałaś kiedyś, żeby ściąć włosy lub radykalnie zmienić ich kolor?
Justyna Steczkowska:
Wiesz, czasami mam ochotę na krótką fryzurę, ale... Chyba teraz nie do końca bym się z tym dobrze czuła. Ponad 20 lat temu po raz pierwszy ufarbowałam włosy na czarno i od tej pory trzymałam się tego koloru. Niecałe trzy lata temu przefarbowałam je na ciemny brąz, a potem stopniowo rozjaśniałam u mojego fryzjera.

- Masz ulubionego fryzjera?
Justyna Steczkowska:
Tak, to Piotr Domosławski. Mam też ukochaną charakteryzatorkę Ewę Gil, która jest też moją przyjaciółką. Jej pomysłowość w tworzeniu makijaży jest bezcenna. Na stałe pracuję też ze stylistą Jarkiem Szado, z jego rad i pomocy często korzystam przy doborze strojów. Cała ta moja wyjątkowa trójka to prawdziwi profesjonaliści! Dlatego też pracują ze mną przy programie „W obiektywie Justyny Steczkowskiej”, który można zobaczyć na Polsat Café. Fotografuję nieznane kobiety, opowiadając też ich życiowe historie.

- Zdarza Ci się wychodzić z domu bez makijażu?
Justyna Steczkowska:
Jeśli nie idę do pracy i nie spotykam się z ludźmi w sprawach zawodowych, to oczywiście! Gdy mam wolny dzień i idę na spotykanie ze znajomymi, maluję tylko rzęsy i kreskę nad okiem. Najchętniej używam tuszu Diorshow Iconic Extreme i eye-linera Diorliner, bo łatwo nim namalować równą kreskę. Jeśli jestem w domu lub załatwiam bieżące sprawy, w ogóle się nie maluję. Makijaż zajmuje mi co najwyżej 20 minut, na dłuższy szkoda mi czasu.

- Nie boisz się zdjęć paparazzich?
Justyna Steczkowska:
Gdybym się ich bała, to bym przestała wychodzić z domu. Bez względu na to, czy jestem umalowana, czy nie, oni zrobią mi zdjęcie, na którym wyglądam jak 60-letnia kobieta (śmiech). W jednym z programów „Taniec z gwiazdami”, gdy się ruszałam, trochę marszczyła mi się skóra, co w tańcu jest normalne. Zrobili mi zdjęcie i „podciągnęli” je w Photoshopie tak, że wyglądałam, jakbym była na emeryturze (śmiech). I dodali do tego komentarz, że za bardzo się odchudzałam.


- A odchudzałaś się kiedyś?
Justyna Steczkowska:
Tylko raz, dwanaście lat temu, kiedy specjalnie przytyłam 10 kilogramów do filmu „Na koniec świata”.

- Łatwo Ci było przytyć tyle kilogramów?
Justyna Steczkowska:
Bardzo łatwo (śmiech), gorzej było schudnąć. Chodziłam na siłownię, saunę, biegałam, no i odżywiałam się już normalnie. Do swoich 47 kilogramów wróciłam w trzy miesiące.

- Uprawiasz jakiś sport?
Justyna Steczkowska:
Kiedyś przed urodzeniem dzieci chodziłam na siłownię, ale sama wiesz, jak to jest, gdy ma się dzieci – na wszystko brakuje czasu, zwłaszcza gdy się chce uczciwie zająć ich wychowaniem i nie zwalać tego na opiekunki. Dlatego póki co musiałam zapomnieć o dodatkowych zajęciach związanych z dbaniem o urodę. Jedyne co robię każdego dnia, to napinam mięśnie całego ciała – szczególnie pośladków i brzucha – bez względu na to, czy jestem w ruchu, czy siedzę. To dobrze robi sylwetce. Staram się dbać o to, żeby moje pośladki nie uległy zbyt szybko sile grawitacji (śmiech). Jeśli chodzi o profesjonalną pielęgnację, to czasem podczas trasy koncertowej zdarza mi się zajrzeć do spa. Ostatnio miałam przyjemność wypocząć w nowo otwartym hotelu Monopol we Wrocławiu. Mają tam wspaniałe spa z grotą solną, sauną parową i fantastyczne relaksujące zabiegi. Po kilku godzinach czułam się jak nowo narodzona.

- Brukowce posądzają Cię o mnóstwo operacji plastycznych…
Justyna Steczkowska:
Brukowce posądzają mnie o wszystko. Według nich jestem cała sztuczna (śmiech). Najśmieszniejszą plotką jest chyba ta, że mam zrobiony nos (śmiech), to już jest masakra! Zrobienie takiego nosa świadczyłoby o totalnym braku talentu ze strony chirurga. Jest wyjątkowo nieudany (śmiech). No ale jest, jaki jest i nic nie można na to poradzić.

- A jaki jest Twój stosunek do operacji plastycznych?
Justyna Steczkowska:
Nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie sobie robili, co tylko chcą, jeśli nie krzywdzą przy tym innych. Straszne jest to, że spotyka się to z takim niezdrowym zainteresowaniem. Czy to źle, że mamy piękne, zadbane kobiety w średnim wieku? A to, że ostrzyknęły sobie zmarszczki, nikogo nie powinno interesować. Nie wiadomo, co będzie za 10 lat, kiedy my będziemy potrzebować takich zmian. Być może wtedy będzie to już tylko prosty kosmetyczny zabieg, niewzbudzający żadnych emocji.

- I przyznasz się do niego?
Justyna Steczkowska:
Trudno mi powiedzieć, bo i tak brukowce napiszą, co zechcą, bez względu na to, co się wydarzy.

- Nie masz czasu na zabiegi poza domem, ale może organizujesz sobie jakieś chwile piękności we własnej łazience?
Justyna Steczkowska:
Staram się wieczorami nakładać na twarz maseczki głęboko nawilżające. Bardzo dobra jest materiałowa maseczka intensywnie odmładzająca Olay Total Effects. Najczęściej nakładam ją po koncercie, żeby głęboko nawilżyć skórę, bo ostre sceniczne światło bardzo ją wysusza. Fantastyczne są również płatki pod oczy Capture Totale Diora. Likwidują zmarszczki i podkówki pod oczami, a podkład od razu lepiej się w tych miejscach rozprowadza. Kocham też kąpiele, uwielbiam poleżeć sobie w wannie albo w jacuzzi z aromatycznymi kulkami Saponarii! Pięknie pachną i zmiękczają wodę. Uwielbiam też ziołowe peelingi Saponarii. Skóra jest po nich niesłychanie miękka, niemal aksamitna.


- Manikiur robisz sobie sama?
Justyna Steczkowska:
Tak, podczas jazdy samochodem, na każdych światłach udaje mi się pomalować dwa paznokcie! (śmiech). Jadę przez godzinę, więc wysiadam już z pełnym manikiurem. Dzisiaj mam na paznokciach lakier Joko, który jest naprawdę trwały i do tego niedrogi. Lubię też odżywkę z algami morskimi Sally Hansen, która z kolei zmiękcza skórki i wzmacnia paznokcie.

- Jesteś oszczędna?
Justyna Steczkowska:
Jestem zmuszona do tego, żeby oszczędzać, bo mam dwoje dzieci. Priorytetem są zawsze zajęcia dodatkowe moich synów. Jeśli w budżecie coś jeszcze zostanie,
to chętnie poświęcam to na kobiece przyjemności.

- Przyjemności to dla Ciebie kosmetyki, ciuchy, buty?
Justyna Steczkowska:
Wszystkie te rzeczy sprawiają mi przyjemność. Kocham perfumy. Od lat na zmianę używam Addict i J'Adore Diora. Mam też wiele innych pięknych flakoników, ale do tych dwóch zawsze wracam, bo są wyjatkowe. Bywa, że latem sięgam też po świeży zapach New York Donny Karan.

- Myślisz, że dzięki urodzie można więcej w życiu zyskać?
Justyna Steczkowska:
To, że ktoś jest ładny i zadbany, wcale nie znaczy, że czuje się dobrze sam ze sobą. A to naprawdę ważne, bo wtedy emanujemy zupełnie inną energią. Myślę jednak, że połączenie urody z inteligencją powoduje, że tę drugą mniej się zauważa. A jest wiele ładnych kobiet, które mają naprawdę dużo do powiedzenia. W moim zawodzie uroda nie jest najważniejsza, bardziej liczy się oryginalność oraz dobre piosenki, ale zawsze lepiej jak jest (śmiech). Często się zdarza, że osoby z charakterem pięknieją na scenie, a te wyjątkowo piękne, ale z kiepskim głosem, stają się nijakie.

- Masz kompleksy?
Justyna Steczkowska:
Wyzbyłam się ich gdzieś w liceum. Jakimś kompleksem jest na pewno mój nos. Ale co zmieniają kompleksy? Szkoda na nie życia! Mogę śmiało stwierdzić, że czuję się dobrze we własnej skórze. Zawsze mogłabym ponarzekać, że trzeba coś ze sobą zrobić, popracować nad sylwetką. Ale to bez sensu tak gadać i marnować czas. 

- Zgadzasz się ze stwierdzeniem, że kobiety nabierają pewności siebie pod wpływem mężczyzn?
Justyna Steczkowska:
Zgadzam się absolutnie! Jesteśmy ulepione ze słów kochających nas mężczyzn. Bez ich miłości i akceptacji trudno byłoby żyć i z odwagą iść przez życie. Sama byłam kiedyś z człowiekiem, który notorycznie podcinał mi skrzydła. Na kilka lat straciłam przez to poczucie własnej wartości, tak pieczołowicie budowane przez moich rodziców. Dopiero gdy poznałam Maćka (mąż Justyny – przyp. red.), poczułam, że odzyskuję siłę i wiarę w swoją kobiecość. Miłość bywa ślepa, ale nigdy nie jest za późno, żeby odzyskać wzrok. Dlatego jestem pełna wdzięczności, że spotkałam na swojej drodze drugą połowę pomarańczy, a moja miłość jest pełna blasku.

- Dlatego nazwałaś swoją najnowszą płytę „To mój czas”?
Justyna Steczkowska:
Tak, bo to mój czas jako kobiety. Mam za sobą 36 lat życia i dobrze się z tym czuję. Mam swoją muzykę, marzenia, miłość… To dobry wiek dla kobiety. To nasz czas, dziewczyny! Czas dojrzałości i spełniania marzeń.

Magda Błaszczak
Jaką fryzurę wybrać na studniówkę 2017? Mamy dla was 5 najładniejszych propozycji
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (5)
tyna/7 lat temu
bardzo ja lubie... ma aure i talent jak nikt inny
bambi/7 lat temu
Na pewno dysponuje ciekawszym wokalem i na scenie jest cudowna, to niezaprzeczalne, ale kiedy czytam lub oglądam w tv wywiady z Justyną, odnoszę wrażenie, że jest nieprzyjemna. Pamiętny konflikt z Dodą też mnie nie zaskoczył, a tleniona blondyna była bardziej naturalna niż Justa
Tosia/7 lat temu
czepia się brukowców, że piszą nie wiadomo co o niej, moim zdaniem gdyby nie brała udziału we wszystkich głupich programach, a zajmowała się tylko swoim zawodem-śpiewaniem, to nie miała by takiego problemu, kupowałam Urodę przez ponad rok bez przerwy, ale jak teraz zobaczyłam na okładce Steczkowską z super mocnym makijażem, to mi się odechciało i nie kupiłam, dużo kobiet zapewne też tak zrobiło...
POKAŻ KOMENTARZE (5)