POLECAMY

Las w butelce też gubi liście

Justyna Stoszek, niemal każdego dnia wstaje o 4 nad ranem, żeby rysować i tworzyć kolejne lasy zamknięte w szkle. Śmieje się, że niczym Matka Natura żyje dla lasów i z lasów. Nam opowiada skąd pomysł na Forest Forever.

Las w butelce też gubi liście fot. Forest Forever

Często odbierasz telefon, że las umiera?

Owszem, dzwonią przestraszeni opiekunowie lasów, że drzewa gubią liście, las choruje, umiera. A lasy, także te zamknięte w butelce czy w słoju po prostu w naturalny sposób podążają za porami roku. Też brązowieją, jesienią zrzucają liście. I trzeba przetrwać ten najtrudniejszy czas. Aż do dnia, kiedy pojawi się pierwszy zielony liść zwiastujący wiosnę. Nie będzie oddychania komórkowego jeśli liście nie spadną, nie zgniją i nie powstanie z nich ściółka. Nie wszyscy są w stanie te zmiany zaakceptować. Ludzie boją się tego, co nie jest do końca ładne. Nie ma zgody na brzydotę, na przemijanie. W momencie przekazywania lasu, każdemu wręczam dokładną instrukcję jak o niego dbać. Każdy opiekun lasu musi jednak sam wypracować własny złoty środek.

Zaproś jesień do domu. 6 najprzytulniejszych jesiennych wnętrz z Instagrama

Powiedziałaś kiedyś, że najpiękniejsze są lasy zapomniane. Jak na "Cmentarzu zapomnianych książek" Carlosa Ruiza Zafona.

Tak, to ładna historia. Jeden z takich lasów posadziłam jeszcze w Krakowie. Zasadziłam, otuliłam mchem i wyjechałam w podróż do Ameryki Południowej. Kiedy wróciłam parę miesięcy później ujrzałam dorodne bukowe drzewko. Z mchu wyrosła jakaś drobnolistna roślina, której gałązki przebiły się przez mech i wyszły z naczynia. Wyglądało to jak powitanie, jakby ktoś mówił do mnie: bardzo cieszę się że wróciłaś.

A mogłaś nie wrócić ?

Trudno powiedzieć. Ruszając w podróż byłam pewna, że tak. Ameryka Południowa była prezentem od Natalii, jednej z moich uczennic jogi. Chciała mi w ten sposób podziękować za zajęcia, za naszą przyjaźń. Podróż nałożyła się na zamykanie różnych etapów w moim życiu. Zamknięcie szkoły jogi Anandy, którą stworzyłam; zakończenie długiego związku; w końcu 40. urodziny. Wymarzona Patagonia okazała się być miejscem trudnej konfrontacji. To nie jest tak, że możesz uciec od przeszłości, bez względu na to jak daleko wyjedziesz. 

Jak i gdzie kupić tani bilet lotniczy? Radzi Beata Pawlikowska, podróżniczka

Czego się bałaś?

Czy podołam, czy wystarczy mi sił, czy jest sens zaczynać jeszcze raz od nowa. W tej przepięknej Patagonii gdzie niebo jest tak blisko, że mleczna droga niemal dotyka Twojej głowy. Gdzie wył wiatr tak silny, że mogłam się na nim położyć. To szaleństwo matki natury przekułam w tworzenie. Po powrocie do Polski wiedziałam już, że w Krakowie już nie mogę dłużej być. Potrzebowałam intymności, anonimowości. Mało brakowało, a wyjechałabym nad morze, ale wtedy pojawiła się miłość. A wraz z nią Warszawa i Forest Forever na Saskiej Kępie.

Nie przypuszczałam, że lasy, które miały być tak naprawdę moim wyrazem artystycznym tak bardzo przyjmą się w "miejskim ekosystemie".   

fot. Forest Forever

Po studiach na ASP przeżywałaś kryzys twórczy. Wyjechałaś do Indii, po powrocie założyłaś szkołę jogi. Dopiero po 10 latach po raz pierwszy sięgnęłaś po kartkę i ołówek. 

To ciekawa historia. Dziennikarka, która była na zajęciach dla kobiet chciała ze mną porozmawiać o kobietach, o ich fizyczności.  I już po rozmowie pojawił się problem z zilustrowaniem materiału. Zdjęcia brzuchów nie wchodziły w grę. Za płaskie byłyby zbyt schematyczne, z kolei wystające sprawiłyby przykrość  kobietom. I wtedy usłyszałam, że muszę sama coś narysować. Najpierw brzuch, a  potem tak jakby puściła we mnie jakaś 10-letnia blokada. To wtedy zaczęły powstawać obrazy dwumetrowych, kwitnących drzew. Malowałam jak szalona. Z tamtych drzew powstała wystawa, obrazy niemal wszystkie się sprzedały. Ogromne, kwitnące, kolorowe. Co dziwne, urzekły zwłaszcza mężczyzn, biznesmenów. Podchodzili do tych wielkich drzew i mówili, że muszą je mieć. 

Ale po kolorowych drzewach i wiecznie zielonej, kojącej serii Forest Forever pojawił się w tym roku mrok i smutek.

Na jednym z wernisaży spotkałam mężczyznę. Przyjechał ze Szwajcarii. Był zachwycony instalacją mojego autorstwa. Powiedział że to zadziwiające gdyż on robi coś bardzo podobnego u siebie. W tamtej chwili pojawiła się myśl, jak w zakamuflowany sposób można przyznać, że ktoś Cię zainspirował. Patrząc mu prosto w oczy miałam wrażenie, że spod moich powiek wypływa gęsty atrament, który spływa powoli po gałce ocznej i dalej pod skórą i mięsem blisko kości. Zobaczyłam grafiki czarne od atramentu, szare niebo, lasy piękne, ale pełne trujących roślin. To było mroczne i mistyczne doznanie. Kim jesteś kiedy patrzysz człowiekowi prosto w oczy, a kim stajesz się jak tylko się odwracasz ?

A potem poczułaś brzuch...

Od jakiegoś czasu czułam, że życie jest dla mnie niestrawne. Coś niepokojącego działo się w moim ciele. Tancerka Anna Halprin doświadczyła czegoś podobnego. Narysowała zarys swojego ciała. Podczas tańca zauważyła  miejsce w ciele nawet nie bolesne, lecz jakby puste. Na rysunku zaznaczyła ową pustkę czarną plamą. Nie miała żadnych objawów tylko przeczucie płynące z ciała. Poszła na badania. Okazało się, że guz był dokładnie w tym miejscu, w którym go narysowała. Sama rozróżniłam dwa rodzaje bólu w swoim brzuchu i najlepiej się zdiagnozowałam dlatego wezwałam pogotowie dosłownie w chwili gdy ból się pojawił. 

W środku wiosny, kwitnienia, radości trafiłaś do szpitala.

Tak, z silnym, łamiącym mnie na pół bólem. Przez trzy dni po poważnej operacji wtłaczano we mnie chemię. Czułam, jak toksyny dosłownie mnie zalewają, jak robi mi się gorąco, powiększają się źrenice, jak odpływam. Mój brzuch został rozcięty od góry do dołu. Choroba mnie zatrzymała. Przeniosła w inny świat . Daleko od codziennego biegu. Wszystko co było bardzo ważne musiało w tamtej chwili zaczekać.

W szpitalu miałam słoneczny pokój. Dreptałam nieudolnie z wieszakiem na kroplówki i drenem dyndającym u boku do okna, do słońca. Często przylatywał szpak. Najpierw nosił w dziobie gałązki na gniazdo potem robaki dla mamy i piskląt. Któregoś dnia przyszła burza otworzyłam szeroko okna. Słuchałam, wąchałam. Krople odbijały się od parapetów i woda zalała pokój. Byłam przygotowana na utyskiwania pań sprzątających więc gdy tylko otworzyły drzwi z słabym uśmiechem zaproponowałam by umyły podłogę deszczówką. 

fot. Forest Forever

Mogłabyś mieszkać na dalekiej wsi, z dala od miejskiego zgiełku?

Podobno jestem jak Simona Kossak. Przyjaciele, którzy ją znali mówili o naszym podobieństwie. Oddanie naturze i te skarby te kości, kamienie patyki... Niestety nie zdążyłam jej poznać, została mi książka o niej. Zostać samej na odludziu to trudne, wymaga odwagi. Trzeba mieć jak Adam Wajrak właściwego towarzysza w życiu, który pragnie tego samego. 

Lubię samotnie pracować, ale lubię też zajęcia z ludźmi. Na swój sposób potrzebuję ludzi, jak każdy artysta. Artystyczna wrażliwość to dar i przekleństwo. Przekleństwo przeszkadzające w relacjach i codzienności. Jakby spojrzeć na biografie artystek – Zofii Stryjeńskiej, Fridy, Camille Claudel czy doskonałej kanadyjskiej malarki Emily Carr – ich życie osobiste było pogmatwane. Albo szarpały się z kimś kto je krzywdził albo wybierały samotność. Za to ich sztuka była uczciwa. Nie kokietowały odbiorców. Malowały prawdę.

 

O najnowszych organizowanych wystawach Wiecznych Lasów informuje fanpage Justyny Stoszek na FB. Podczas takich wystaw czy tez spotkań w pracowni Justyny w Warszawie można dowiedzieć się nie tylko wiele o świecie roślin, ale także kupić (ceny zaczynają się od 300 zł) jeden z lasów i zostać ich Wiecznym Opiekunem.

Tagi: sztukawywiadpasje
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)