POLECAMY

Nastolatki gorszycielki - wyzywające i wyuzdane. Kim Kardashian i gwiazdy porno uczą je, jak żyć i jak wyglądać

„Gwiazdy filmów porno uczą nastolatki, na czym polega klasa, styl i czym jest seks. Z wirtualnego świata płynie przekaz: musicie wyglądać jak Kim Kardashian” - mówi psycholożka Aleksandra Żyłkowska. Wywiad z Urody Życia nr 5/2017.

/ 4 miesiące temu
Nastolatki gorszycielki - wyzywające i wyuzdane. Kim Kardashian i gwiazdy porno uczą je, jak żyć i jak wyglądać fot. Fotolia/kolaż Polki.pl

„Dzieciom należą się nasza uwaga, czas i rozmowa, które będą alternatywą dla ich internetowych wyborów”. Tylko  - jak to zrobić? Polecamy wywiad z Urody Życia!

Są dziewczynki, które rozumieją, że kiedy bawią się w księżniczki, to nie muszą wyglądać jak księżniczki. Ale są takie, które nie łapią tej subtelnej różnicy.

Dominika Buczak: Czy to prawda, że coraz młodsze dzieci przywiązują wagę do tego, żeby wyglądać atrakcyjnie?

Aleksandra Żyłkowska: Sekualizacja to coraz bardziej powszechne zjawisko, które polega na tym, że wartość człowieka oceniana jest tylko przez pryzmat jego atrakcyjności seksualnej. Inne cechy stają się drugorzędne. Dotyczy wszystkich, również dzieci. I to właśnie w ich przypadku ma najwięcej skutków ubocznych. Małym dziewczynkom kupujemy boa z piór, kosmetyki do malowania twarzy, perfumy. W sklepach można znaleźć stringi dla 8-, 10-latek. To wielki rynek przedmiotów, których konsumentami są dzieci. Każda z tych rzeczy może stać się elementem ich seksualizacji. Może, chociaż nie musi.

Zakazy i nakazy? Nie tędy droga! Jak zapracować na zaufanie dziecka, jak je odbudować?

Lalki w sklepach z zabawkami wyglądają jak seksbomby.

Dostępne są lalki ubrane w czarne skórzane minispódniczki i wysokie kozaki. Niektóre dzieci mogą zbudować swój wzorzec kobiecości na podstawie takiego wizerunku. Ale nie wszystkie. Są dziewczynki, które rozumieją, że kiedy bawią się w księżniczki, to nie muszą wyglądać jak księżniczki. Ale są takie, które nie łapią tej subtelnej różnicy. Podobnie jest z seksualizacją. Niektóre dzieci i nastolatki zaczynają mierzyć swoją wartość wyłącznie przez pryzmat własnej atrakcyjności seksualnej. Próbują się dopasować do normy, według której atrakcyjność fizyczna oznacza bycie seksownym. Uważają, że jeśli mają określony makijaż, strój, konkretny kształt brwi czy kolor oraz długość włosów, to znaczy, że są fajne. A jeśli wyglądają inaczej – nie są ciekawymi ludźmi.

Niezależnie od tego, ile książek czytają, jak się uczą, czy mają poczucie humoru albo świetnie grają w tenisa?

Nie liczą się cechy charakteru, sposób spędzania czasu, znajomość języków. Jedyną miarą wartości jest atrakcyjność seksualna. Wiele dziewczynek chce wyglądać jak ich idolki, np. Kim Kardashian. Niektóre z nich zupełnie nie rozumieją, że to produkt przemysłu telewizyjnego.

To rzeczywiście kiepski wzór dla dorastających dziewczyn. Ale co złego jest w tym, że siedmioletni chłopczyk chce mieć perfumy z Myszką Miki? Czym to grozi?

Wszystko zależy od tego, jaki stosunek mają do tego rodzice i otoczenie. Jeśli chłopiec chce być jak tata, to w porządku, ale jeśli takie perfumy gwarantują pozycję w grupie, to już gorzej. Jeżeli dzieciak będzie się dobrze czuł wśród kolegów tylko pod warunkiem, że ma perfumy, to może stać się niebezpieczne, bo ich brak wpłynie na jego samoocenę.

Dziewczynki bardziej niż chłopcy, dlatego że bardziej eksponuje się seksualność kobiecą. Dziewczynka wie od dziecka, że jeśli chce być seksowna, to musi nosić buty na obcasie, być szczupła, wysoka i mieć makijaż.

Jakie dzieciaki są szczególnie narażone na seksualizację?

Dziewczynki bardziej niż chłopcy, dlatego że bardziej eksponuje się seksualność kobiecą. Dziewczynka wie od dziecka, że jeśli chce być seksowna, to musi nosić buty na obcasie, być szczupła, wysoka i mieć makijaż.

Których dziewczynek to dotyczy?

Na seksualizację podatne są osoby, znajdujące się w grupie rówieśniczej, w której to jest dominująca wizja świata. Nie chroni przed nią ani dobra dzielnica, ani dobre liceum. Co więcej, w szkole „dobrej” czy prywatnej uczą się często dzieci z lepiej sytuowanych rodzin, więc uczniom, których rodzice są mniej zamożni, może być łatwiej zaistnieć w grupie rówieśniczej, jeśli będą atrakcyjni.

Kiedy matka powinna wycofać się z życia syna?

A chłopcy?

Też nie są wolni od seksualizacji. Wielu nastolatków spędza całe dnie na siłowni, ćwiczą mięśnie, rzeźbią ciało. Pojawił się nawet termin bigoreksja, nowe zjawisko badane przez psychologów. Jej wyznacznikami może być spędzanie wielu godzin na siłowni, kompulsywne utrzymywanie reżimu diety i treningów z jednoczesnym przekonaniem, że ciało ciągle nie jest wystarczająco umięśnione.

W okresie dojrzewania wygląd od zawsze był zmartwieniem i istotnym atrybutem dorastającej dziewczyny. Czy ta powszechna seksualizacja sprawia, że ten moment się przesunął? Czy to się stało jeszcze ważniejsze, niż było?

Łapię się na tym, że kiedy prowadzę zajęcia edukacyjne w liceach czy gimnazjach, to myślę o tych nastolatkach jak o 20-latkach. Kiedyś dziewczynki dążyły do tego, żeby wyglądać ładnie, w czym nie ma niczego złego, teraz większość z nich chce wyglądać modnie. Nie wychodzą z domu bez makijażu, nie pokazują się na dyskotece w bluzce, która nie spełnia konkretnych standardów.

Ania z Zielonego Wzgórza też chciała mieć sukienkę z bufkami.

Oczywiście, mała dziewczynka chce być jak mama, dla zabawy się maluje, przebiera, czesze i nie ma w tym nic złego. To jest naturalne, wpisane w etapy rozwojowe dziecka. Nastolatka chce mieć modną bluzkę – to też historia stara jak świat. Nie przesadzajmy. Ale pamiętajmy, że presja na to, by wyglądać w jeden określony sposób nigdy nie była tak duża.

Co, jeśli dziecko nie ma pieniędzy na bluzkę, która spełnia aktualne standardy?

Może mieć problemy z samooceną, czuje się wykluczone albo samo odsuwa się od grupy. Niektóre nastolatki uważają dzisiaj, że jeśli nie wyglądają seksownie, bo nie mają zrobionych włosów, ciuchów czy kształtów ciała jak Kim Kardashian albo mięśni wyćwiczonych na siłowni, nie są wydepilowane oraz nie mają tatuażu – bo teraz wszyscy muszą mieć tatuaż – to z kontaktów intymnych nic im nie wyjdzie.

W gimnazjach ideał kobiety to osoba, która poniżej rzęs nie ma żadnego owłosienia, jest opalona na solarium, ma długie włosy i wydęte usta.

Zna pani takie dzieciaki?

Pewnie. Nastolatki pytają: „Czy ze mną jest wszystko OK, bo mam małe piersi?”. Albo: „Czy moja dziewczyna jest w porządku? Podoba mi się, ale ma włosy pod pachami”. W gimnazjach ideał kobiety to osoba, która poniżej rzęs nie ma żadnego owłosienia, jest opalona na solarium, ma długie włosy i wydęte usta.

Na zajęciach chłopcy przyznają, że oglądają filmy pornograficzne, w których wszystkie kobiety mają duże piersi, a w klasie żadna koleżanka nie może się takimi pochwalić.

To jest wizerunek prosto z filmu porno.

Ostatnio byłam w gimnazjum na warsztatach i zobaczyłam dziewczynkę, która miała ramiona złożone w taki sposób, żeby powiększyć i uwypuklić piersi – robiła sobie selfie telefonem. Powiedziała, że chce spodobać się chłopcu ze starszej klasy i dlatego wysyła mu takie zdjęcie.

Czy te dzieciaki potrafią rozmawiać o seksie?

Gimnazjaliści czy licealiści są bardziej otwarci niż jeszcze kilka lat temu. Do niedawna sprawdzało się zadawanie anonimowych pytań na karteczkach, teraz bez wstydu dopytują wprost o intymne sprawy. I dziewczyny, i chłopcy mają wydumany, nierzeczywisty obraz płci przeciwnej. Na zajęciach chłopcy przyznają, że oglądają filmy pornograficzne, w których wszystkie kobiety mają duże piersi, a w klasie żadna koleżanka nie może się takimi pochwalić. Albo przychodzi dziewczyna i mówi, że jej chłopak ma owłosioną klatkę piersiową, a ona nie wie, co z tym robić, bo na filmach wszyscy mają gładkie. Nie tak to miało być. „Czy coś z nim jest nie tak?” – pyta. Trzeba im tłumaczyć, że filmy filmami, a życie życiem, bo zdarza się, że kompletnie tego nie rozróżniają. Pornografia zniekształca obraz seksu, drugiej płci, własny wizerunek. Szczególnie niebezpieczna jest dla dojrzewających młodych ludzi, którzy nie mają do niej dystansu.

Czytałam o badaniach przeprowadzonych na ogromnej próbie nastolatek. Wynika z nich, że te spośród dziewcząt, które były bardziej narażone na seksualizację częściej podejmowały próby samobójcze lub miały kontakt z alkoholem.

Nie dziwi mnie to. Skoro moja seksualność to jedyna wartość, jaką posiadam, to jeśli nie mam dużych piersi, podkreślonej talii i długich nóg – jestem beznadziejna dla świata. Skutkiem tego może być próba samobójcza, depresja, anoreksja, sięganie po alkohol. Z moich obserwacji wynika, że w każdym gimnazjum okalecza się kilka osób.

Pani łączy to właśnie z seksualizacją?

Tak, choć to na pewno nie jest jedyny powód. Seksualizacja nie pozwala młodym przeżyć dzieciństwa, dojrzewać według własnych wzorców i tempa. Przestają być dziećmi zdecydowanie za szybko.

Tracą szansę na zastanowienie się nad własną seksualnością? Własnym dojrzewaniem? Nad tym, czego i kiedy chcą?

Nie docierają do tego, co lubią i do czego powinni dążyć. Nie ma żadnych zajęć systemowych z edukacji seksualnej. Z internetu czerpią wiedzę o wartościach, relacjach, o miłości i seksie.

Nie zlikwidujemy przemysłu porno, nie możemy liczyć na wsparcie szkoły. Jak powinniśmy reagować?

Tłumaczyć, że nie tylko ciało, ubiór i wygląd stanowią o naszej wartości. Ten „banał” wbrew pozorom jest arcyważny. Bo nikt dzisiaj nie mówi tego wprost.

Wszystko bierze się z naszego systemu rodzinnego. To ogromna odpowiedzialność.

Podejrzewam, że takie rozmowy najlepiej rozpocząć już nad kołyską. Naprawdę warto zastanowić się, jakie zabawki kupujemy naszym dzieciom.

W USA to teraz gorący temat, produkowane są takie lalki, które „walczą” z trendem seksualizacji – mają proporcje normalnej kobiety, przeciętne oczy, usta w naturalnym kolorze. Warto też wiedzieć, jakie bajki nasze dziecko ogląda, jakie strony odwiedza, co czyta. Kiedy mamy już nastolatka w domu, to po prostu trzeba być z nim w stałym kontakcie, a gdy dzieje się coś niepokojącego, pytać.

O co?

Jeśli widzimy, że nagle dziewczyna zaczyna się wyzywająco malować, to spytajmy, dlaczego to robi. Kiedy chłopak zaczyna chodzić na siłownię codziennie na trzy godziny, to spróbujmy dowiedzieć się po co. Jeśli córka odpowie, że chce się malować, bo koleżanki tak robią, mamy pole do rozmowy. Możemy tłumaczyć, czym jest kobiecość, że jej głównym atrybutem nie są różowe wydęte usta. Nawet jeśli wszystkie koleżanki z klasy tak myślą.

Rozumiem, że jeśli uda nam się wychować człowieka przekonanego o własnej wartości, to medialna seksualizacja będzie miała mniejsze szanse.

Wszystko bierze się z naszego systemu rodzinnego. To ogromna odpowiedzialność.

Córka mówi: „Chcę mieć duży dekolt, bo zrobię sobie selfie i dostanę dużo lajków na Instagramie”. Co wtedy powinien zrobić rodzic?

Dalej pytać: „A dlaczego te lajki są takie ważne?”. Warto dociec, o co naprawdę chodzi. I tłumaczyć, rozmawiać, pokazywać, że wartości młodej kobiety nie mierzy się wielkością dekoltu ani ilością lajków. Kiedy w domu zbudowana jest relacja, jest także przestrzeń na rozmowę. A kiedy się rozmawia, można przedstawić swoją perspektywę i mieć nadzieję, że nastolatek weźmie ją pod uwagę.

Nastolatki mogą mieć opory, żeby rozmawiać z rodzicem na tematy związane z seksualnością.

Ten opór z czegoś wynika. Jeśli kilkulatek zapyta, skąd biorą się dzieci, a mama odpowie, że z brzucha, na początku mu to wystarcza. Za rok dopyta, skąd te dzieci znajdują się w brzuchu, a tata wytłumaczy, że plemnik łączy się z jajkiem, dzielą się na komórki i tak dalej. Za jakiś czas będzie chciał wiedzieć, skąd się plemnik wziął w brzuchu mamy. Jeśli krok po kroku będzie uzyskiwał odpowiedź, to jest spora szansa, że wspólnie dojdą w kolejnych rozmowach do tematu seksualności i seksualizacji, więc będą umieli mówić także o tym.

Dorośli ludzie nie potrafią nawet nazwać swoich narządów płciowych. W XXI wieku dorosły mężczyzna przychodzi do mnie i mówi, że ma problem z „wackiem”.

W jaki sposób przekazać dziecku, że seks to ważna dziedzina życia? Jeśli każda rozmowa będzie katalogiem niebezpieczeństw: niechciana ciąża, choroby, seksualizacja, porno, to dzieciak może mieć przekonanie, że na tym polu czyhają na niego same miny.

Jeśli rodzice mają problem z poruszaniem tematów dotyczących seksualności, to uczą dziecko, że jest ona czymś wstydliwym i niewłaściwym. Jeśli nie zbudujemy tabu, sprawa zwykle rozwiązuje się sama. Ale nic na siłę, powyżej własnych możliwości. Niedawno była u mnie w gabinecie nastolatka. Jej mama powiedziała, że nie czuje się komfortowo w rozmowach na temat seksualności, więc przysłała córkę do mnie. To też jest jakieś rozwiązanie.

Rozumiem, że dostała porcję wiedzy, którą każdy dzieciak powinien dostać w szkole.

Część rodziców mówi, że brakuje takiej edukacji. Ale są i tacy, którzy uważają, że edukacja seksualna to nauka o pozycjach miłosnych. Wcale nie! To są bardzo ważne rozmowy o tym, co się dzieje z ciałem i psychiką, kiedy człowiek dojrzewa. Bo potem dorośli ludzie nie potrafią nawet nazwać swoich narządów płciowych. W XXI wieku dorosły mężczyzna przychodzi do mnie i mówi, że ma problem z „wackiem”. Poza tym wiedza o chorobach przenoszonych drogą płciową nadal jest niewystarczająca.

Wszyscy słyszeli o HIV czy kile, ale już o zakażeniach bakteryjnych, np. chlamydiozie, czy zakażeniach pasożytniczych przenoszonych drogą płciową nie wie prawie nikt. Ze świadomością dotyczącą antykoncepcji też nie jest dobrze.

W 2002 roku WHO stworzyło Deklarację Praw Seksualnych. W 10. punkcie dokument głosi, że każdy ma prawo do wyczerpującej edukacji seksualnej. Jest ona procesem trwającym od momentu narodzin przez całe życie. Instytucje społeczne powinny być w niego zaangażowane.

Tymczasem w Polsce mają do niej dostęp tylko wybrane dzieciaki.

Niestety. I to ma różne skutki. Ostatnio znalazłam w sieci „test ciążowy online”. Wypełniłam go i wyszło mi, że jestem w ciąży na 30 procent. Były tam pytania w stylu: czy po stosunku leży pani na plecach czy na brzuchu. Wiadomo, że dziewczyny boją się, że zajdą w ciążę. Ponieważ nie mają rzetelnej wiedzy na temat antykoncepcji, jakiś portal przetwarza ten strach na kliki. Obawiam się, że jeśli jakaś nieświadoma nastolatka trafi na taką stronę, może się poważnie przestraszyć. A wystarczyłaby jedna lekcja tygodniowo, aby wiedziała, że nie można być w ciąży na 30 procent i że nie można zrobić testu ciążowego przez internet. Miałaby też świadomość, jak się przed ciążą zabezpieczyć. Dowiedziałaby się również, że nie musi robić sobie tatuażu czy golić owłosienia łonowego, jeśli nie ma ochoty, bo to nie przekreśla jej szans na szczęśliwe zakochanie.

Aleksandra Żyłkowska - psycholog, edukatorka seksualna. Pracuje w Strefie Młodzieży
na Uniwersytecie SWPS, prowadząc warsztaty i szkolenia dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych.

Więcej ciekawych wywiadów na Polki.pl

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/4 miesiące temu
Uff w końcu jakiś porządny artykuł, na ważny temat i napisany z głową. Tylko nie bardzo rozumiem dlaczego sami wstawiacie fotki roznegliżowanej dziewczyny ? Rozumiem ze dla kliknięcia, tylko w ten sposób sami uczestniczycie w tej nagance bo w statystykach takie zdjęcie będzie się sprzedawało. Troché tu brakuje konsekwencji. Zdecydujcie się w końcu czy chcecie być brukowcem czy portalem z klasa i inteligencja.