POLECAMY

Tyle miłości, ile wolności... Czy można być w udanym związku i zachować niezależność?

„Są pary, które będą umiały przejść gładko od okresu absolutnej symbiozy, kiedy ona i on pod jednym kocykiem oglądali wspólnie »Grę o tron«, do momentu, w którym on w sypialni będzie oglądał »Narcos«, a ona w salonie »Dziewczyny«, i to nie będzie znaczyło, że są złą parą albo że się już nie kochają” - zapewnia psychoterapeuta i seksuolog Michał Pozdał w grudniowej Urodzie Życia.

/ tydzień temu
Tyle miłości, ile wolności... Czy można być w udanym związku i zachować niezależność? fot. Fotolia

Karolina Rogalska: Czy można być w związku i zachować wolność?

Michał Pozdał: Tak, ale to wymaga dużo pracy. Podobnie jak bycie w relacji w ogóle. Często słyszę: „Oni to mają szczęście, są 15 lat razem”. Jakie to szczęście? Ludzie mają szczęście, że na siebie trafili, a reszta to świadome działanie. Podobnie jest z zachowaniem autonomii w związku. To też trzeba sobie wypracować. I jest to praca głównie nad sobą. Poza tym na każdym etapie rozwoju naszego życia wolność jest czymś innym, inaczej ją definiujemy. W  okresie wczesnej młodości jest nią właśnie budowanie związku. Bo wchodząc w bliskie relacje z kimś z grona rówieśników, uwalniamy się od symbiotycznej więzi z  domem rodzinnym.

„Od kłamstwa jest bardzo krótka droga do rozpadu relacji, bo traci się bliskość”.

Czyli jedną symbiozę zastępujemy drugą?

Na początku prawie każda relacja uczuciowa jest symbiotyczna. Jak pisze Helen Fisher w „Anatomii miłości”, wiąże nas biochemia miłości, czyli hormony, neuroprzekaźniki itd., które szaleją w naszym organizmie, kiedy jesteśmy zakochani. A dodatkowo to, czy się zakochamy w drugiej osobie czy nie, zależy od stopnia, w jakim ona wpasowuje się w imago, czyli schemat zbudowany z setek tysięcy informacji o wszystkich opiekunach z  dzieciństwa, które się stopiły w ten pojedynczy wizerunek. Niestety, zwykle decydujące są tu cechy negatywne. Pisze o tym terapeuta par Harville Hendrix, który zauważył też, że kochankowie pod każdą długością i  szerokością geograficzną opisują swoje uczucia w podobny sposób, świadczący o tym, że my w tej drugiej osobie rozpoznajemy coś nam bliskiego.

„Czuję, jakbyśmy się znali od zawsze”?

Właśnie. Albo: „Choć tak niedawno się poznaliśmy, nie mogę sobie przypomnieć, jak to było bez ciebie. Jakbyś zawsze był obecny w moim życiu”. „Kiedy jestem z  tobą, nie czuję się samotny. Czuję jedność i spełnienie”. Tak  naprawdę oznacza to, że na poziomie nieświadomym czujemy się ponownie złączeni z rodzicami. Odtwarzamy coś, co już przeżyliśmy. Tylko tym razem mamy nadzieję, że wreszcie nasze niezaspokojone pragnienia z dzieciństwa zostaną zaspokojone. Problem polega na  tym, że po kilku latach życia w  związku zmienia się biochemia mózgu, a  dodatkowo konfrontujemy się z faktem, że żadnej reparacji nie będzie. Bo to jest po prostu niemożliwe.

Bo osoba, z którą jestem, ma własne życie?

Tak. Bo realizuje się poza mną, bo ja nie jestem jej jedynym obiektem. Bo emocjonalnie nie dała mi tego, czego się spodziewałem. Innymi słowy: nie przystaje do wyidealizowanego obrazu, który miałem w głowie. Oczywiście są pary, które będą umiały przejść gładko od okresu absolutnej symbiozy, kiedy pod jednym kocykiem ona i on oglądali wspólnie „Grę o tron”, do momentu, w  którym on w sypialni będzie oglądał „Narcos”, a ona w salonie „Dziewczyny”, i to nie będzie znaczyło, że są złą parą albo że się już nie kochają.

„Dotyk jest najczulszym barometrem związku”. Kiedy ostatnio przytulałaś się do partnera?

Co to za pary?

Złożone z osób, które na wczesnych etapach doświadczyły bezpiecznej i stabilnej więzi z rodzicami. Bo jeśli było bezpiecznie i mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że zasługujemy na miłość, to separacja z partnerem może u  nas powodować tęsknotę, westchnienie czy po prostu smutek, ale nie będziemy jej odbierali jako zagrożenia życia: „Gdy mnie zostawiasz, to nie istnieję”.

Są pary, które nigdy się nie rozstają.

Żyją w tak wielkiej symbiozie, że trudno im się rozłączyć nawet na moment. To ci, którzy mówią: „Nie muszę z nią (nim) rozmawiać, wiem co ona (on) czuje”. Albo nigdy nie określają się w  liczbie pojedynczej: „My oglądamy tylko kino skandynawskie” itd. Gdy prowadzę terapię, zawsze pilnuję, żeby każdy z partnerów mówił za siebie. Dlatego na pierwszych konsultacjach nie pytam: „Z  czym państwo do mnie przychodzą?”, tylko: „Z  czym pan dziś przychodzi?”, „Jaki pani ma problem?”.  I  wtedy zazwyczaj się dowiaduję, że każde z nich przyszło z czymś innym. Po  jakimś czasie okazuje się, że ludzie nie chcą już być tak uwikłani w relację. Mówią: „Chcę mieć udany dzień, mimo że jesteś dzisiaj smutny (smutna). Pozwól mi na to”. Pewnie wszyscy to znamy z własnych związków, ale też z  relacji z rodzicami. Kto z nas nie odebrał w  życiu telefonu od ojca czy matki, kiedy już po sposobie, w jaki wypowiadali słowa: „Cześć, co słychać?”, wiedzieliśmy, w jakim są nastroju. O ile na pewnym etapie zazwyczaj zrywamy tę symbiotyczną więź z rodzicem, to z partnerem sprawa nie jest już taka prosta.

Czasem pracuję z osobami w  wieku 50 czy 60 lat, które rozstały się po latach związku albo owdowiały, a które nagle, po okresie żałoby, mówią: „Dopiero teraz mogę być sobą”

Co można zrobić?

Jeśli jest to problem, bo nie musi, to warto się zastanowić, co z tych emocji jest moje, a co partnera? Co powoduje, że jego nastrój tak, a nie inaczej na mnie działa, a przede wszystkim – czego ja chcę? Czasem pracuję z osobami w  wieku 50 czy 60 lat, które rozstały się po latach związku albo owdowiały, a które nagle, po okresie żałoby, mówią: „Dopiero teraz mogę być sobą”, „Dopiero teraz mogę się przyznać do tego, co naprawdę czuję, robić to, co zawsze chciałam. Żyć, jak chcę”. Niektórych uwolni dopiero śmierć albo rozstanie. Pamiętajmy jednak, że jeżeli nigdy się nie odseparowaliśmy od rodziców, tylko zamieniliśmy obiekt – z  symbiozy z mamusią czy tatusiem weszliśmy w  symbiozę z partnerem lub partnerką – to nigdy nie zbudujemy siebie.

A skąd bierze się potrzeba kontrolowania partnera?

Przeważnie z lęku. Chcę jednak podkreślić, że tu, podobnie jak w przypadku zazdrości, ta potrzeba może być zupełnie irracjonalna, ale może też być adekwatna. Bo jeżeli wychodzisz z toalety, a na twoim smartfonie miga ikonka Tindera, to jest to zupełnie zrozumiałe, że zapytam, co się dzieje. Ale jeśli podsłuchuję każdą rozmowę i regularnie sprawdzam twój telefon, choć nic konkretnego tam nie znajduję, zaczynam mieć fantazje, że mnie opuszczasz i zdradzasz, wariuję, szukam znaków magicznych – na przykład: jeśli w radiu poleci piosenka po polsku to znaczy, że się z kimś przespałaś, a jeśli po angielsku to jednak nie –  kiedy sprawy idą w takim kierunku, to radziłbym pomyśleć o terapii.

Osoba, która ma mocne poczucie własnej wartości wie, że zasługuje na miłość. Ale są też tacy, których fantazje oscylują wokół lęku i porzucenia, mimo że nie mają do tego żadnych podstaw.

Może boimy się, że partner znajdzie sobie kogoś lepszego, przecież świat jest pełen ludzi atrakcyjniejszych od nas.

Osoba, która ma mocne poczucie własnej wartości wie, że zasługuje na miłość. Ale są też tacy, których fantazje oscylują wokół lęku i porzucenia, mimo że nie mają do tego żadnych podstaw. On będzie wyjeżdżał w delegację, a ona od  razu pomyśli: „Pojechał do Radomia, a  przecież w 1999 roku miał tam dziewczynę. Na pewno chce się z nią spotkać”. Jeżeli nie jesteśmy wewnętrznie przekonani, że zasługujemy w relacji na coś dobrego, to niezależnie od tego, ile zapewnień dostaniemy z tej drugiej strony, nie będziemy w stanie w nie uwierzyć. Bo przecież nas nie można kochać.

I wtedy zaczynamy manipulować, wzbudzając u partnera poczucie winy?

Pamiętam, że na moich pierwszych zajęciach z psychologii klinicznej pani profesor powiedziała: „Pamiętajcie, najłatwiej buduje się związki na poczuciu winy”. Mówiła to o naszych matkach, ale myślę, że to działa także w relacji partnerskiej.

Na przykład facet chce wyjść na mecz z kolegami, a żona, chcąc zatrzymać go w  domu, mówi, że ma potworną migrenę.

I to wcale nie musi być kłamstwo. Rzeczywiście będzie dostawała migreny, wysypki, bólu brzucha i innych objawów somatycznych. A wszystko to, żeby tylko powstrzymać rozłąkę. Takie doświadczenie może być dla danej osoby trudne, ale gdy emocje opadną, warto przemyśleć, jak najlepiej to rozegrać. Można tu wyobrazić sobie różne scenariusze. Na przykład: on stwierdzi, że wychodzi wieczorem, a jej nie uda się go powstrzymać. Będzie tak wściekła, że nie zmruży oka, a jak w końcu zaśnie, to obudzi ją zgrzyt klucza w zamku. Po czym wstaną rano, a ona powie: „Ty taki i owaki, całą noc nie spałam. Śmierdzisz papierosami, pewnie znowu chlałeś. Przez ciebie mam cały dzień do dupy”. Ale może być też tak, że ona to przepracuje i na drugi dzień mogą mieć naprawdę fajny czas, bez focha i bez awantury.

To TWOJA wina?! On odchodzi do młodszej przez... żonę i dzieci?

Czasem czyjąś potrzebę autonomii postrzegamy jako chłód albo lekceważenie.

Jeśli tak jest, warto to sobie uświadomić. Gdy powiem partnerowi: „Wiesz, smutno mi, że wychodzisz, ale idź, dam sobie radę”, on na pewno pomyśli o mnie jak najlepiej, a ja poczuję wielką ulgę. Posłużyliśmy się tutaj przykładami zgodnymi ze stereotypem, że to kobieta jest tą, która osacza, a  mężczyzna potrzebuje autonomii. Tymczasem w  moim gabinecie równie często spotykam pary, w których to on osacza, a ona chciałaby uciec. Albo on marzy o ślubie, o którym ona nie chce słyszeć.

Jak zachować autonomię w długotrwałej relacji?

Moim zdaniem zasadnicze pytanie, które należy sobie postawić, brzmi: „Czy generalnie bycie w relacji ogranicza moją wolność, czy ją dopełnia?”. Proszę zobaczyć, że to są dwie, zupełnie różne perspektywy. Żyjemy w czasach, w  których wolność i niezależność są nam przedstawiane jako najwyższe wartości. Mam wrażenie, że to obecnie jakiś topowy temat. Dominuje pogląd, że mamy być cały czas wolni duchem i  ciałem, podejmować wolne wybory, żyć bez ograniczeń. A to jest fikcja. Między innymi dlatego, że nie wszystko w życiu zależy od nas. Jesteśmy zwierzętami stadnymi, potrzebujemy innych ludzi. Rodzimy się z innych i inni będą nas chowali do piachu. Dlatego mamy naturalną potrzebę więzi, która powoduje, że wchodzimy w  te relacje. Zawsze mnie śmieszy, kiedy kobiety mówią: „Jestem w ciąży, ale po porodzie moje życie się w ogóle nie zmieni”. Przecież to bzdura. Chomika kupisz, to się zmieni, a tu masz dziecko, którym się musisz cały czas zajmować.

Dziś ludzie wiedzą, że związek nie musi być dla nich całym życiem. Że kobieta jest kimś więcej niż żoną i matką. My takie myślenie kulturowo dopuszczamy.

I kiedy po kilku latach zostanie się samotnie w domu, bez męża i dzieci, to człowiek się czuje, jakby wysiadł z rollercoastera.

Cudownie jest, jeśli ktoś pozwala sobie na to, żeby obok wielkiej miłości do męża i  dziecka akceptować też inne emocje, na przykład nienawiść, która również może się pojawić. Że czasami się chce zostawić wszystko na moment. A czasami, jak Julianne Moore w „Godzinach”, myśli się o tym, żeby w ogóle wyjść z tego życia, bo już naprawdę ma się go dość. Dziś ludzie wiedzą, że związek nie musi być dla nich całym życiem. Że kobieta jest kimś więcej niż żoną i matką. My takie myślenie kulturowo dopuszczamy. Dziewczyny, które mają dzieci, niezależnie od tego, czy skończyły 20 czy 50 lat, mogą się umówić ze znajomymi, pójść w miasto, zabawić się i poczuć atrakcyjnie, seksualnie. Po prostu wyjść z roli.
W terapii seksuologicznej bardzo często namawiam pary do tego, żeby chodziły ze sobą na randki. Wiem, że to brzmi sztampowo, ale naprawdę działa. Proponuję, aby wyszli z opatrzonego dawno kontekstu i spojrzeli znowu na siebie, jak na atrakcyjnych ludzi. Nowojorska terapeutka par Esther Perel
zapytała setki osób na różnych kontynentach o to, kiedy ich partner wydaje się im najbardziej pociągający. Większość osób odpowiadała, że wtedy, gdy robi coś zaskakującego, realizuje swoje pasje, kiedy jest daleko. Bo nas podnieca odrębność. Pożądamy tego, czego nie mamy. Jeżeli miłość znaczy „mieć”, to pożądać znaczy „chcieć”. A jak mogę chcieć czegoś, co już mam?

Czyli jeśli damy w związku trochę wolności sobie i partnerowi, to nastąpi eksplozja pożądania?

Niestety, nie jest to takie proste, że jak ludzie się wyodrębnią, to nagle miłość się odradza i mają kapitalny seks. Ta teoria nie jest remedium na wszystko, ale rzeczywiście, niektóre pary są tak blisko ze sobą, że pożądanie zanika. Niedawno miałem takich pacjentów w  swoim gabinecie. Mąż powiedział: „Ona mnie nigdy nie zdradzi”. Na co żona, krzycząc i  płacząc: „Nie masz pojęcia, co się ze mną dzieje! Tobie się wydaje, że ja cały dzień myślę o tym, jaką fugę wybrać do łazienki. Nawet nie wiesz, że jak przyjeżdża twój kuzyn, to od razu jestem mokra, tak mnie podnieca. Nie masz prawa mówić, że ja bym cię nigdy nie zdradziła, bo w ten sposób odbierasz mi całą moją kobiecość, całą seksualność”. Pomyślałam sobie wtedy: „OK, a jednak to działa”.

Filozofka Hannah Arendt powiedziała kiedyś, że wolność jest możliwa tylko między osobami równymi sobie. Czy terapeuta może potwierdzić te słowa?

Myślę, że tak jest. A równość w ujęciu psychologicznym jest wtedy, gdy oboje jesteśmy na tyle dojrzali i odseparowani, że możemy wytrzymać nieobecność psychiczną i fizyczną drugiej osoby i nie czujemy się z tego powodu porzuceni. Z  reguły jednak dobieramy się w pary w  zgodzie z naszą psychopatologią i  dlatego jest, jak jest.

Michał Pozdał - psychoterapeuta i seksuolog, prowadzi konsultacje indywidualne i dla par. Wykładowca na Uniwersytecie SWPS.

My, wy, oni, konflikt, miłość, przyjaźń - o relacjach, często niełatwych czytaj na Polki.pl

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/tydzień temu
Związek to współpraca dwojga ludzi i ciągłe kompromisy. Natomiast w aspekcie gustów wolność musi być. typlusona.pl za dużo innej wolności prowadzi raczej do złych rzeczy, np. do zdrady.