POLECAMY

„Gdy wychodziłam na ring miałam ładnie pomalowane paznokcie”. Wywiad z mistrzynią świata w kickboxingu Agnieszką Rylik

„Przyszedł moment, że przestałam się bać wszystkiego” - Agnieszka Rylik - w rozmowie o walce w życiu i na ringu.

/ 6 dni temu
„Gdy wychodziłam na ring miałam ładnie pomalowane paznokcie”. Wywiad z mistrzynią świata w kickboxingu Agnieszką Rylik fot. Epoka

Spotykamy się z okazji premiery książki Nokaut. Historia bokserki, która opowiada nie tylko o drodze na sportowy szczyt, wielkim boksie i jego kulisach, ale także o życiu prywatnym i tym co najważniejsze – o miłości.

„Boks tajski jest lepszy od Chodakowskiej”. Dziewczyny się biją... I to jak się biją!

Katarzyna Domańska: „Otworzyłam się na świat i wreszcie przestałam się bać”. Tak piszesz w swojej książce Nokaut. Historia bokserki. Bałaś się? Ty, silna bokserka, która „tłucze rywalki jak automat do bicia”?

Agnieszka Rylik: Wiesz, jak żyjesz świecie, gdzie ciągle ludzie mają jakieś nierealne oczekiwania, czegoś wiecznie od ciebie wymagają to zaczynasz się zastanawiać czy przypadkiem nie jesteś jak ten koń hodowlany. Liczy się tylko jedzenie, spanie, trenowanie. Byłam silna na ringu, ale w życiu osobistym czułam się skrępowana. Bałam się o różne rzeczy, musiałam kombinować, nawet gdy chodziło o całkiem błahe sprawy jak to, żeby wyjechać ze znajomymi. Czułam, że ciągle muszę się dostosowywać: to wypada, a to nie, tego nie mów, to przemilcz, to rób a tamtego ci nie wolno. Czułam się uwięziona w przekonaniach innych ludzi na mój temat. Im się wydawało, że lepiej ode mnie wiedzą kim jestem, co mogę i czego chcę. Nie chciałam się dłużej na to godzić. Musiałam zawalczyć o swój czas, swoją wolność, chciałam stanowić o sobie i przestać wreszcie dostosowywać się do innych.

Kiedy przyszedł moment, że przestałaś się bać?

To narastało z czasem. Dotychczasowe życie zabierało mi dużo energii i nie byłam szczęśliwa. Żyłam jak w złotej klatce, która daje pozory szczęścia i zadowolenia. I wreszcie przyszedł taki moment, że wiedziałam już, że mogę zmienić swoje życie, chcę tego, bo chcę być szczęśliwa.

Od czego zaczęłaś tę przemianę?

Na początku była akceptacja siebie. Jestem, jaka jestem. Tak wyglądam, jak wyglądam. Wyzbyłam się kompleksów typowo babskich, tutaj mam cellulit, a tu więcej sadełka. Jeśli skumasz, że to jest nieważne, to zaoszczędzisz czas i nie wydasz kasy na zabiegi medycyny estetycznej. Łapałam moc, stając przed lustrem i godziłam się ze sobą. Codziennie walczyłam o siebie.

A konkretnie o co?

To były proste rzeczy. Chciałam kochać, być kochaną. Mówić to co chcę, robić to co chcę. Nie było tego wcześniej w moim życiu. Powoli podejmowałam decyzje, które mnie zmieniały. Stajesz twarzą w twarz ze sobą, czujesz każdą komórką swojego ciała, że jesteś gotowa podjąć tę decyzję i ją podejmujesz. I to uwalnia. Powiedziałam to. Zrobiłam to. Idę dalej. Nic ciebie już nie ogranicza i wiesz, że sobie poradzisz.  Mówię to co myślę, robię to co uważam za słuszne, choć nie wszyscy to wytrzymują.

Teraz czujesz się szczęśliwa?

Teraz jestem megaszczęśliwa! Wszystko się udało, choć nie wiedziałam, że się uda, miałam po prostu nadzieję. Nie było łatwo, były naprawdę trudne momenty. Ale teraz jest już naprawdę fajnie w moim życiu, przestałam się bać i nikt mnie nie może już skrzywdzić.

Po drodze zweryfikowali się przyjaciele - w książce piszesz o tym, że niektórzy nie mogli udźwignąć twojego szczęścia.

Grube rzeczy poszły. Pomagałam ludziom przez całe życie, a na końcu mnie ci ludzie zostawili. Tego się jednak nie można bać, to boli, ale życie weryfikuje również nasze przyjaźnie i znajomości.

Zawsze potrafiłaś zawalczyć o swoje. To siła mierzona nie tylko napięciem mięśni ale kondycją charakteru.

Zawsze tak było. Zawsze broniłam słabszych. Teraz mam rodzinę, córkę, ona jest dla mnie najważniejsza.

Skoro jesteśmy przy rodzinie. Większość sportowców zwłaszcza w sportach walk ma problemy z rodziną. A tobie los tego oszczędził, miałaś dobrą rodzinę.

Aby być w sporcie walki, nie trzeba dostać od życia. Można się nauczyć twardości, hardości. Ja byłam  uparta, uwielbiałam sport. Udowodniłam, że jak się chce to można. Nie byłam zbuntowana. W tamtych czasach, boksowanie dla dziewczyny to było coś niecodziennego. Było mnóstwo głosów oburzenia, że młoda dziewczyna powinna się uczyć do matury, a nie się bić.

Zamiast na obcasach śmigają na... wrotkach. Piekielne Koty w natarciu!

Zawsze walczyłaś ze stereotypami.

Byli tacy, którzy używali sformułowania „Rylik do garów”. Ja jednak robiłam swoje. Wygrywałam walki, zostałam mistrzynią świata, najmłodszą w kickboxingu.

Miałaś swój styl i dbałaś o to by kobiecość pielęgnować.

Zawsze mówiłam, że trzeba być bardzo dobrym w sporcie, ale i trzeba bardzo dobrze wyglądać. Dziewczyny na walkę ubierały byle co, zakładały długie gacie za kolano. A ja wymyśliłam, że będę walczyła w spódniczce. Kiedy one jechały na zawody ubrane w dresy, ja zakładałam szpilki i żółty żakiecik. Nikt by się nie dziwił, że uprawiam ten sport, gdybym była brzydka i głupia. A ja zawsze chciałam ładnie wyglądać. Gdy wychodziłam na ring miałam ładnie pomalowane paznokcie.

Agnieszka Rylik promuje swoją książkę. (Fot. Epoka)

Masz zadbaną buzię, nikt ci nigdy nie przywalił w twarz?

Ja po prostu byłam dobra. Zawsze byłam szybka, zawsze miałam dobrą obronę. Trenerzy mówią, że mistrza poznaje się po tym jak się broni, a nie jak atakuje. Nie szłam na wymiany. Liczyła się taktyka. Ja się w walce nie spalałam, miałam dobrą koncentrację. Mój wyraz twarzy niektórym wydawał się smutny, ale to nie był smutek tylko koncentracja.

Co ciebie kręci w tym sporcie?

Najfajniejsze w boksie wcale nie są walki. Gdy stajesz do walki to adrenalina jest taka, że zbiera ci się na wymioty. Niektórzy zaczynają chorować - mój kolega tak się denerwował, że dostawał półpaścia. Ja walki sobie inaczej poukładałam w głowie. Ale to inna sprawa. Odpowiadając na pytanie co mnie kręci – sparingi! Bawimy się, nie to, że się napieprzasz. Wygląda to tak. Stajemy do walki z kumplem, znamy się, on jest dobry, ty jesteś dobra, oboje jesteśmy szybcy i bawimy się. Jak ktoś kogoś pacnie, jest dużo śmiechu i zabawy.

Co jeść przed treningiem? Kilka pomysłów na szybkie posiłki przed ćwiczeniami.

A propos walk, zaskoczyło mnie to, co powiedziałaś o sile jednego zdania, które motywowało cię przed walką.

Kiedy przeszłam na zawodowstwo w kickboxingu, z trzech rund miałam już dziesięć. To duża różnica. Stres, że nie wytrzymasz tego kondycyjnie jest ogromny. Mdlały mi ręce. Traciłam siły. Miałam dostać wsparcie psychologa. Na mnie psycholodzy średnio działają. Byłam przekonana, że jak sama sobie w głowie wszystkiego nie poukładam to nikt mi nie pomoże. Wszystko jest w głowie, możesz sobie tak to ustawić, żeby dobrze pracowała. Ale byłam już wtedy utytułowaną zawodniczką. Nie mogłam dopuścić że przegram, zgodzić się, że „jakoś do będzie”. Mój trener polecił mi wizytę u psychologa sportowego Marka Graczyka. To od niego usłyszałam jedno zdanie, które zapamiętałam na lata. Powtarzałam je przed każdą walką. Potem wychodziłam na ring zbudowana i przekonana, że jestem najlepsza.

Co to za zdanie?

„Patrzysz w lustro i mówisz: Jestem najlepsza na świecie, nie do pokonania, jestem mistrzynią świata”.

Ale afirmacja!

To jest fajne na życie, każdy ma jakieś walki do stoczenia. Masz gorszy dzień, a ty mówisz sobie „jestem nie do pokonania”. Zaczynasz oceniać sytuację na zimno, zostawiasz emocje. To daje ogromną moc.

Za sukces płaci się jakąś cenę. Jaka była twoja?

Dużo kontuzji. Miałam sześć operacji ortopedycznych. Miałam operowany prostownik ręki, dwa stawy barkowo-obojczykowe, operację achillesa. Doktor Śmigielski jeździł na międzynarodowe sympozja, bo mój przypadek był taki wyjątkowy, że nadawał się na omawianie na światowych konferencjach. Mam dwie przepukliny, kolana prawego prawie nie mam.
W szpitalu, który swego czasu stał się dla mnie drugim domem przeżywałam ciężkie chwile. Jak trenujesz dwa razy dziennie, funkcjonujesz jak zaprogramowana. W szpitalu kładą cię do łóżka i  - rany… Co się dzieje z głową, z całym organizmem, to jest kosmos. Zaczynasz tyć, bo organizm jest przyzwyczajony do wysiłku. Ile razy rzucałam ze złości kulami!

Sport wyczynowy to istny horror.

Mordujesz organizm, musisz cały czas przesuwać sobie granicę. Napieprzasz, musisz dać z siebie więcej by wejść na wyższy poziom. I jesteś dalej i możesz więcej. Za to wszystko płacisz zdrowiem i psychiką. Mój ortopeda mówi, że kręgosłup mam w takim stanie jakbym przepracowała osiemnaście lat w kopalni. Miałam takiego trenera – „tresera”. Ciągle musiałam przepraszać, że czegoś nie zrobiłam, że nie wykonałam planu. Pamiętam dokładnie ten moment jak siedzę w swoim maluchu, słucham piosenki Bartosiewicz i mówię sobie, żeby się wszyscy ode mnie odpieprzyli, że chcę być już na emeryturze. Presja jest ogromna.

Z założeniem rodziny też musiałaś poczekać, odkładałaś ją na potem.

Nie mogło być inaczej. Wyobraź sobie: masz dziecko, za pół roku czeka cię mistrzowska walka, masz ją raz na pół roku. Zasuwasz, masz miesiące przygotowań, i teraz dziecko ci zachoruje przed walką. Nie przesuniesz tego, musisz  trenować, skoncentrować się. Chciałam mieć dziecko na koniec kariery. Planowałam by się udało przed 35 urodzinami, prawie się wyrobiłam.

Ile Marysia ma lat?

Siedem.

Jeśli Marysia chciałaby zostać bokserką, to co byś zrobiła? Odradzałabyś?

Dałabym jej możliwość trenowania z najlepszymi! Nie odradzałabym jej niczego, rodzice nie są od odradzania. Ktoś ci kiedyś coś odradzał? Trzeba sprawdzić. Rodzice są po to aby wspierać. Maria jest uzdolniona sportowo, chodzi na balet, gimnastykę, tańce, na tenisa, jeździ na nartach wodnych. Była ze mną na boksie. I jedyne co mi potem powiedziała to: „mama jak tu głośno”. Jak będzie chciała boksować nie zatrzymam jej, mogę wspomóc i wspierać. Ale pchać jej do sportu wyczynowego nie będę, niech się bawi życiem.

Nokaut, to tytuł Twojej książki. Byłaś kiedyś znokautowana?

Na ringu przegrałam przed czasem ale nie byłam znokautowana, wygrałam 11 walk przez nokaut. Byłam mistrzynią nokautu, większość walk wygrywałam przed czasem.

A w życiu? Zaliczyłaś jakiś nokaut?

W życiu to ja nokautowałam, ja od życia dostałam knockdown. Kilka razy leżałam, ale zawsze się podnosiłam.

Co jest potrzebne by osiągnąć sukces?

Szczęście do ludzi. Usłyszałam kiedyś, że „lepsze jest wrogiem dobrego”. Kurde, to nie ja. Ma być najlepiej. Nie „jakoś to będzie” albo „wystarczająco dobrze”. Gdybym trafiła na ludzi, którzy by walczyli w stylu „jakoś to będzie” to nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Miałam team który mnie budował. Piszę w książce o Gołocie, on nie miał szczęścia. Dla mnie zawsze najważniejsi byli ludzie. Nie tylko w sporcie. Sport jak sport, ale zawsze musisz mieć do kogo wracać. Jedna kontuzja i człowiek jest wywalony w kosmos. I co wtedy? Musisz mieć do kogo wracać i musisz być z ludźmi, których kochasz.


Książka Agnieszki Rylik „Nokaut” już w księgarniach!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)