POLECAMY

Gonisz za lepszym samopoczuciem, perfekcją, spełnieniem? To pułapka, w której wszyscy żyjemy!

Uwierzyliśmy, że dobre samopoczucie jest najważniejszym celem, a to, czy go osiągniemy, zależy tylko od nas. Czy na pewno? Tekst pochodzi z Urody Życia (11/2016).

/ 11 miesięcy temu
Gonisz za lepszym samopoczuciem, perfekcją, spełnieniem? To pułapka, w której wszyscy żyjemy! fot. Fotolia/kolaż Polki.pl

Wszyscy dzisiaj muszą uprawiać sport, zdrowo się odżywiać, myśleć pozytywnie, odnieść sukces. Skupieni na sobie, uwierzyliśmy, że to właśnie da nam szczęście, a wszystko zależy od nas. Czy na pewno? "Ideologia dobrego samopoczucia stała się współczesną religią i budzi w nas poczucie winy", mówi dr Carl Cederström, wykładowca Uniwersytetu Sztokholmskiego.

Jak się pan miewa?

Dziękuję, bardzo dobrze. Mamy w Szwecji wyjątkowo słoneczny koniec lata, rzadko się to zdarza, więc się cieszę.

W książce "Pętla dobrego samopoczucia" przekonuje pan, że człowiek współczesny właściwie zawsze ma się dobrze.

Tylko tak mówi. Najczęściej jest pełen lęków, obaw i frustracji. Ale skoro cały świat powtarza mu, że jeśli tylko będzie miał pozytywne nastawienie, osiągnie szczęście i dobre samopoczucie, przekonuje wszystkich naokoło, że ma się świetnie.

Świat kłamie? Lepiej byłoby, gdybyśmy budzili się co rano z pesymistycznymi wizjami?

Problem nie polega na takim czy innym podejściu do rzeczywistości, ale na tym, że dobre samopoczucie zamiast być celem, stało się moralnym obowiązkiem każdego z nas. Kultura dobrego samopoczucia mówi nam, że istnieje przepis na dobre życie, i narzuca go wszystkim obywatelom. Jesteśmy zmuszani do tego, żeby prowadzić jedynie słuszne, szczęśliwe  i mądre życie.

Bez przesady, chciałbym się czuć dobrze, nikt mnie nie zmusza.

To zróbmy mały eksperyment. Co musiałby pan zrobić w swoim życiu, żeby czuć się lepiej?

Pewnie mądrzej żyć. Znowu się nie wyspałem, więc mógłbym zacząć od tego, żeby wcześniej kłaść się do łóżka.

A rano pewnie pójść na jogę, żeby pooddychać, poczuć równowagę ze światem i dobrze nastawić się do nadchodzącego dnia?

Myślę, że to by nie zaszkodziło.

A tuż po jodze powinien pan pewnie zjeść zdrowe organiczne śniadanie zamiast zwykłej kanapki z szynką i majonezem? Potem znaleźć czas na medytację, a wieczorem pójść na trening crossfitu? Sport, zdrowe odżywianie, mindfulness – to wszystko funkcjonuje jak obrzędy religijne, bo ideologia dobrego samopoczucia jest współczesną religią.

W takim razie jestem wierzący niepraktykujący. Chciałbym czuć się dobrze, ale od miesiąca nie mam czasu pobiegać, jem też całkiem pokaźną liczbę niezdrowych rzeczy.

Pocieszę pana: z podobnymi problemami zmaga się większość ludzi, nawet jeśli ich profile na Facebooku mówią co innego, zarzucając pana przepisami na zdrową sałatkę z jarmużu i wynikami biegowych rekordów. Prawie wszystkim z nas zdarza się zjeść śmieciowe jedzenie, mieć depresję, wypalić o pięć papierosów za dużo, a wieczorem, kiedy nikt nie widzi, kląć na beznadziejny świat i snuć pesymistyczne wizje. Tyle że nikt raczej nie napisze o tym na Facebooku, bo żyjemy w czasach, w których należy pokazywać tylko pozytywne nastawienie. A skoro coś nam się w życiu nie udało, to znaczy, że jest to tylko nasza wina.

W religii dobrego samopoczucia, jak w każdej innej religii, bardzo silne znaczenie ma poczucie winy. Grzech zawsze leży po stronie człowieka. Bo jeśli wszystko zależy od nas, to w sobie musimy znaleźć siłę, moc. A jeśli się nie udaje, to sami sobie jesteśmy winni. Bo przecież wystarczy zebrać się i pobiegać.

Każdemu z nas zdarza się zjeść śmieciowe jedzenie, wypalić o pięć papierosów za dużo i kląć na beznadziejny świat. Ale raczej nie napiszemy o tym na Facebooku, bo żyjemy w czasach, w których należy pokazywać pozytywne nastawienie.

Cały czas brzmi to rozsądnie i nie wiem, dlaczego miałoby być groźne.

Bo kiedy na koniec dnia okaże się, że mimo tych wszystkich wysiłków dalej nie jest pan szczęśliwy według wzorca, to będzie to dla pana dodatkowy problem. Zachodni świat wymaga od nas permanentnego udoskonalania siebie. Musimy każdego dnia pracować nad swoim duchem, ciałem, zdrowiem, umysłem i produktywnością. Nowoczesny człowiek spełnia się w roli męża i żony, ojca i matki, przebojowego pracownika i trzymającego formę sportowca. Nie ma tu miejsca na porażkę. Jeśli w którejś z tych ról się nie spełniamy, to znaczy, że musimy się poprawić. Połączyć się z własnym wnętrzem i wydobyć nieodkryty jeszcze potencjał. Każdy z nas go ma, trzeba się tylko odpowiednio postarać, żeby do niego dotrzeć. Tak mówi nam świat opętany wizją dobrego samopoczucia. Dlatego droga do dobrego życia prowadzi przez ćwiczenia ciała i umysłu.

Szczerze mówiąc, nawet jeśli ta recepta grzeszy naiwnością, to jednak  wydaje się na pierwszy rzut oka sensowna.

Dlatego tak trudno to odrzucić. Wszystkie te elementy wydają się przecież dobre i pożyteczne. Żeby była jasność – nie uważam, że sport, joga czy medytacja są czymś szkodliwym, wręcz przeciwnie. Problem polega na tym, że są częścią syndromu dobrego samopoczucia. Jeśli ktoś się do tych zaleceń zdrowego stylu życia nie stosuje, zaczyna być uważany za moralnie niewłaściwego. A to już wydaje mi się groźne. 

Przesadza pan, nikt nie zmusza nas do chodzenia na siłownię. 

Jeszcze nie. Wie pan, że David Cameron jako premier Wielkiej Brytanii chciał wpisać trening do ustawy? Zgodnie z zasadą pozytywnego myślenia chciał wprowadzić obowiązek chodzenia na siłownię dla bezrobotnych pobierających zasiłek. Ze swojej londyńskiej perspektywy wydawało mu się, że jeśli zmusi bezrobotnych do treningów pod groźbą odebrania pomocy, będą dzięki temu odpowiednio nastawieni do życia i odmienią swój los. Ten pomysł może wydawać się po prostu głupi, ale jest przykładem szerszego myślenia. Strukturalne, ekonomiczne i polityczne problemy wymagające całej masy działań rządzących, tracą swój charakter i przedstawiane są w narracji, według której wszystko zależy tylko od człowieka. Jeśli nie ma pan pracy, to nie dlatego, że system ekonomiczny nie działa, tylko dlatego, że nie dość się pan stara i nie ma odpowiednio pozytywnego nastawienia.

Ile rzeczy potrzebujesz do szczęścia? Rozmowa z Miss Minimalist, która "odgraciła" swoje życie

Kapitalizm od zawsze uczył nas, że to człowiek jest odpowiedzialny za swój los.

Ale do tej pory nie oceniał nas moralnie według reguły dobrego samopoczucia. W Wielkiej Brytanii
w ostatnich latach symbolem moralnego upadku stała się matka z klasy robotniczej, która zasuwa na dwa etaty, a po pracy kupuje w hipermarkecie tanie mrożone żarcie, zjada je na kolację, a w dodatku – i to jest najgorsze – daje je też swoim dzieciom.

Bo to realny problem. Powinna jeść zdrowiej i zdrowiej żywić swoje dzieci.

Oczywiście, że tak. Tylko musimy wziąć pod uwagę okoliczności. Gdybym zasuwał na dwa etaty
i zajmował się sam dziećmi, to po kilkunastu godzinach pracy nie miałbym raczej siły na gotowanie warzywnej zapiekanki z kaszą jaglaną i też wrzuciłbym im mrożoną pizzę do mikrofali.

To jasne, że taka dieta jest niezdrowa, ale nie wszyscy mamy czas, możliwości i chęci, żeby zdrowo się odżywiać. Każdy z nas żyje w określonych okolicznościach. Urodził się pan w dużym mieście, pana rodzice mają wyższe wykształcenie?

Tak.

To niech pan sobie wyobrazi, że pochodzi z rybackiego miasteczka w Wielkiej Brytanii, gdzie od lat panuje bezrobocie, a pańscy rodzice ledwo wiązali koniec z końcem. Nie miał pan warunków, żeby interesować się nauką, a nawet gdyby, ekonomiczne ograniczenia raczej nie dawały panu na nią szans. Wszystkie badania pokazują, że w krajach rozwiniętych rozwarstwienie społeczne się pogłębia. Bogaci są coraz bardziej bogaci, ale wbrew obiegowej opinii to bogactwo nie skapuje na niższe warstwy społeczne. Nawet w Szwecji, która słynie ze swojej rzekomej egalitarności, biedni i bogaci zamiast się do siebie zbliżać, coraz bardziej się od siebie oddalają. W Wielkiej Brytanii czy USA te różnice są jeszcze większe.

Setki badań pokazują, że ruchy pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi są bardzo niewielkie, jeśli urodził się pan w biednej rodzinie, istnieją niewielkie szanse, że pańskie dzieci będą przedstawicielami innej klasy ekonomicznej. Jeśli więc pochodzi pan z takiego rybackiego miasteczka, dorastał w ubogiej rodzinie i nie może znaleźć pracy, to jest pan rozgoryczony. A potem włącza pan telewizor, a tam premier kraju przekonuje, że to tylko i wyłącznie pana wina. Że musi pan zmienić nastawienie, zapisać się na crossfit i odwiedzić life coacha. Wie pan, że w Szwecji bezrobotnym organizowano sesję z life coachami, żeby pomóc im wyjść z trudnej sytuacji?

Zgodnie z zasadą pozytywnego myślenia jeśli ktoś nie ma pracy, to nie dlatego, że system ekonomiczny nie działa, tylko dlatego, że nie dość się stara. To rodzi poczucie winy.

Nie wiem, czy to pomogło, ale pewnie nie zaszkodziło.

Coachowie zakazywali tym ludziom mówienia o swoim bezrobociu. Twierdzili, że to pomoże im zmienić nastawienie i ułatwi znalezienie pracy. Organizowano spotkania motywacyjne, na których bezrobotni ćwiczyli podbijanie świata. Mieli wyobrazić sobie, że trafiają przypadkiem do windy z Billem Gatesem i mają pół minuty, żeby przekonać go do siebie. To byli głównie mężczyźni, robotnicy, budowlańcy, pracownicy zamkniętych fabryk, często w depresji, bo od lat zmagający się z brakiem pracy. I przychodzi do nich uśmiechnięty coach, który rzuca sobie beztrosko: "Możecie wszystko! Wystarczy, że zajrzycie w głąb siebie i odnajdziecie ukryty potencjał".

Fakt, to dosyć naiwne, ale nie wiem, czy robi to człowiekowi ogromną krzywdę.

Wmówiono nam, że każdy jest wyjątkowy. Ale prawda jest okrutna. Większość z nas nie jest wyjątkowa. Według badań brytyjskiego antropologa Davida Grabera w bardzo przecież rozwiniętej Wielkiej Brytanii 46 procent ludzi uważa, że ich praca nie ma żadnego znaczenia ani dla nich, ani dla świata. To tak zwane bullshit jobs [gówniane prace – przyp. red.]. Jednocześnie świat dobrego samopoczucia przekonuje ich,
że po prostu muszą się mocniej postarać.

W poprzednich dekadach biznes i popkultura przekonywały nas, że powinniśmy w życiu dążyć do gromadzenia bogactw. Symbolem sukcesu był drogi samochód, wielki dom, drogie gadżety. Czy zdrowe ciało nie jest jednak lepsze?

Jedno i drugie jest nieprawdziwe, jednak to drugie pozornie sprawia wrażenie czegoś więcej, bo jest uduchowione. Chociaż dobre samopoczucie stawiane jest często w kontrze do krwiożerczego kapitalizmu,
to tak naprawdę mu służy.

Myśli pan, że wielkie korporacje wdrażają powszechnie pakiety wellness dla swoich pracowników w trosce o ich szczęście? Nie. Chodzi o to, żebyśmy pracowali więcej, skuteczniej, mocniej. Jesteśmy przekonani, że te wszystkie dobre rzeczy robimy dla samych siebie, bo biznes nauczył się języka, który dociera do współczesnego człowieka. To my jesteśmy w centrum, to, jakie mamy ciała, nastroje, indeks BMI i wyniki badania krwi. My się liczymy, świat naokoło jest mało istotny. Korporacje mówią więc do nas naszym językiem: "Hej, musisz znaleźć autentycznego siebie i się wyrazić!".

To chyba lepsze niż bycie trybikiem w maszynie wielkiej korporacji?

Ale trybikowi zapewnia się bezpieczeństwo. A współczesnego człowieka uczy się, żeby był lepszą wersją siebie, bo wtedy może lepiej się "zmonetyzować". W końcu liczy się to, ile jesteś warty dla firmy i co możesz jej przynieść. Jeśli będziesz chodził na jogę, będziesz miał więcej siły, popracujesz dwie godziny dłużej, przyniesiesz więcej zysku.

20 lat temu młody człowiek wchodzący na rynek pracy mógł zakładać, że jeśli będzie się odpowiednio starał, zarobi na ten wymarzony dom. Dzisiaj wie, że to mało realna perspektywa. Po prostu nie będzie go na niego stać, nawet jeśli skończył dobre studia i ma wiele talentów, prawdopodobnie wyląduje na umowie bez żadnych gwarancji socjalnych, w pracy, z której będzie można go z dnia na dzień zwolnić.

Żyjemy w świecie miliona wyborów. Jak dokonać tego właściwego?

W zamian dostaje mityczne dobre samopoczucie.

Taki ustawia mu się cel. Uczy się go, że potrzeby materialne nie są istotne, że ważne jest wyrażanie siebie i dobra forma. To jest normalizacja prekariatu, gdzie bezpieczeństwo pracy jest znacznie mniejsze niż kiedyś. Rynek jest bardzo konkurencyjny, trzeba się na nim wciąż na nowo określać i wymyślać, żeby osiągnąć sukces. Jednocześnie ludzie na świecie nigdy nie mieli tylu lęków. Ćwiczenie głębokiego oddechu najwyraźniej nie pomaga ich zwalczyć.

Ale tak wyśmiewani w pana książce coachowie pomagają. Mamy dzisiaj już specjalistów od wszystkiego.

To wynika z przekonania, że możemy zoptymalizować każdy obszar naszego życia: ciało, pracę, związki. W Szwecji coachowie uczą, jak najlepiej posprzątać własny dom! Mamy coachów do każdej dziedziny życia. Nie wiesz, co chcesz osiągnąć? Nie ma problemu, w tej chwili coraz więcej life coachów specjalizuje się w byciu want-o-logistami, czyli specjalistami, którzy pomogą ci ustalić, czego właściwie w życiu chcesz.

Nie jestem fanem coachingu, jednak znam masę osób, które twierdzą, że im w życiu pomaga.

Na tej samej zasadzie, na której ludzie lepiej czują się na diecie bezglutenowej. Na nietolerancję glutenu cierpi zaledwie jeden procent osób na świecie, ale w jedzeniu unika go znacznie więcej. Większość czuje się lepiej, bo po raz pierwszy w życiu zaczyna patrzeć na to, co je, bilansuje sobie dietę. Z coachingiem jest podobnie. Skoro do tej pory nie pochylałeś się z refleksją nad własnym życiem, sesja z coachem urasta do rangi cudownego środka na wszystkie kłopoty.

Syndrom wellness ma być gwarancją  naszego dobrego samopoczucia, ale jest tak opresyjny, że je nam zabiera. Ciągle nas strofuje: za mało ćwiczysz, za dużo czasu poświęcasz na puste przyjemności.

Może po prostu potrzebujemy takiego bodźca?

Tylko że ten bodziec kosztuje. Sesje coachingowe są drogie. Żeby na nie zarobić, trzeba więcej pracować. Pan musi napisać jeszcze jeden tekst, ja poprowadzić jeszcze jeden wykład. Spędzimy więcej czasu w pracy, nie pogadamy więc z rodziną przy kolacji i nie pójdziemy z kumplem na piwo. Zamiast podzielić się najbardziej intymnymi rozterkami naszego życia z kimś najbliższym, zasuwamy w robocie, żeby móc za to zapłacić obcemu człowiekowi. Paradoks.

Ale ten obcy człowiek jest specjalistą.

Bo skończył kilkumiesięczny kurs dla coachów? Niestety, wierzymy ślepo w specjalistów. W to, że trener uczyni z nas atletów, dietetyk sprawi, że będziemy piękni, a coach nauczy nas, jak być szczęśliwymi.

Da się w ogóle być szczęśliwym?

W ideologii wellness najgorsza jest dla mnie wiara, że szczęście to kwestia wyboru. Wystarczy chcieć. Syndrom wellness ma być gwarancją naszego dobrego  samopoczucia, ale jednocześnie jest tak opresyjny, że je nam zabiera. Nie pozwala cieszyć się życiem tak, jakbyśmy chcieli, bo ciągle nas strofuje: za mało ćwiczysz, za dużo czasu poświęcasz na puste przyjemności, znowu zjadłeś dzisiaj pizzę. Nie da się być szczęśliwym, jeśli ciągle gonisz za jakimś wyimaginowanym dobrostanem, w którym wszystko jest ze sobą w harmonii.

Nie da się, bo taki dobrostan nie istnieje. Im bardziej za tym gonisz, tym trudniej to osiągnąć. Poza tym lęki, słabości, beznadzieja, smutki, wątpliwości to też kawałek naszego życia. Chyba najciekawszy, skoro to o nim opowiada cała sztuka i literatura. Jeśli wszyscy będziemy mieli bezustannie dobre samopoczucie, świat będzie cholernie nudny.

Dr Carl Cederström - profesor na Uniwersytecie Sztokholmskim, specjalizuje się w teorii organizacji. Jest autorem kilku książek popularno-naukowych, w swojej pracy naukowej skupia się na mechanizmach działania korporacji, filozofii, psychoanalizie.

Jak być autorem swojego życia?  To od ciebie zależy, jak opowiesz swoją historię!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/11 miesięcy temu
Moim zdaniem nieodpowiedni redaktor do wywiadu. Co chwile jakby próbował udowodnić, że profesor nie ma racji. To drażni podczas czytania.