Spakowała siebie, męża i trojaczki, a potem... z Krakowa wyprowadziła się do Australii. Poznajcie niesamowitą historię Dagmary!

"Jestem optymistycznie nastawiona do życia, więc wierzę, że będzie nam tu dobrze, a jak nie będzie to... nie boję się zmian i przeprowadzek!"

Weronika Kwaśniak / 9 miesięcy temu
Spakowała siebie, męża i trojaczki, a potem... z Krakowa wyprowadziła się do Australii. Poznajcie niesamowitą historię Dagmary! fot. Dagmara Hicks

Bloga Dagmary (calareszta.pl) odkryłam w 2015, gdy może jeszcze nie był tak popularny, ale już wtedy wyróżniał się spośród całej rzeszy blogów parentingowych. Zresztą... nie tylko spośród blogów. Dagmara śmieje się, że od zawsze rzucała się też w oczy na ulicy - czy często spotyka się kobietę, która energicznie popycha przed sobą potrójny wózek? Czy wiele blogerek może pochwalić się tym, że wychowuje trojaczki?

Nie mam dzieci, ale na bloga zawsze zerkałam z przyjemnością. Głównie ze względu na niesamowite poczucie humoru autorki. Cały czas myślałam, że to chyba jakaś super-bohaterka. Wychowanie jednego dziecka to przecież ogromne wyzwanie, a co dopiero gdy w domu jednocześnie pojawiają się... 3 niemowlaki (!!!). Dagmara Hicks w swoich wpisach stara się jednak udowadniać, że super-bohaterką wcale nie jest. Że daje sobie prawo do błędów. Że karmi dzieci pizzą. Że czasem marzy tylko o tym, by poszły spać. Że wychowanie żywiołowych trojaczków to naprawdę nie bajka.

Podczytywałam, podczytywałam... Ale gdy na blogu pojawiła się informacja, że cała rodzina przeprowadza się z Krakowa do Australii, wiedziałam już że MUSZĘ napisać do autorki bloga.

Jak to?!

Do Australii?! Z kilkuletnimi trojaczkami, które ledwo co wyrosły z pieluch?! Czy to nie jest przypadkiem koniec świata?! Równie dobrze mogłabym przeczytać, że ktoś właśnie zamierza wybrać się na Marsa. Rozumiałam ucieczkę od smogu, ale drastyczność zmiany po prostu mnie zaszokowała.

Cofnijmy się jeszcze na chwilę w czasie, do 2011, gdy Dagmara została szczęśliwą mamą.

Jak sama mówi - mamą EKSTRemalną. Mamą trojaczków.

Triki dla rodziców: poznaj 15 najlepszych

Jak wygląda codzienność, gdy w domu pojawiają się 3 noworodki?

- Pierwsze dni po urodzeniu dzieci były dość stresujące. Dzieci urodziły się w 32 tygodniu ciąży, z niską wagą urodzeniową (synek ważył niewiele ponad kilogram). Ten okres jest chyba najtrudniejszy dla rodziców wcześniaków. Byliśmy zmuszeni zostawić nasze dzieci w szpitalu, a sami wróciliśmy do domu. To uczucie jest straszne i rzadko kiedy wracam do tych wspomnień.
Rutynę wyznaczały wizyty w szpitalu i odciąganie pokarmu. Kiedy już znaleźliśmy się w domu, stosowałam szpitalny plan dnia.
Karmiłam dzieci regularnie co 3 godziny, przebierałam, tuliłam, śpiewałam, głaskałam i... odkładałam do łóżeczka. Dzięki temu piłam zawsze gorącą kawę, jadłam obiad na siedząco i w niczym nie przypominałam zaniedbanej dzikuski, czyli matki wieloraczków w wyobrażeniach innych.
Mąż po 2 tygodniach wrócił do pracy, a ja zostałam z dziećmi sama. 2 razy w tygodniu po 6h pomagała mi niania, dzięki której mogłam iść z dziećmi na kontrolę do specjalisty (w przypadku wcześniaków jest ich mnóstwo), a z czasem i na samotne zakupy czy kawę. Schody zaczęły się wtedy, kiedy dzieci stały się bardziej mobilne, ale i na to miałam sposoby. Moim głównym atutem stał się dobry plan i optymizm! - opowiada Dagmara Hicks.

Okazuje się, że schody zaczęły się wtedy, gdy potrójna mama postanowiła wrócić do pracy. Podobnie jak wiele matek zmagała się z dylematami. Czy wracać do życia zawodowego po urlopie macierzyńskim? Czy płacić za opiekę nad dziećmi zupełnie obcej osobie? Czy poświęcić własną karierę po to, aby spędzić kilka lat w domu?

- Kiedy moje dzieci skończyły 2 lata, poszły do przedszkola, a ja do pracy. Pracowałam rok. Niestety, dzieci bardzo chorowały i w dniu, kiedy zostawiłam 3 dzieci chorych na zapalenie płuc z właściwie obcą kobietą, stwierdziłam, że chyba czas przemyśleć nasze priorytety. Byłam fizycznie i psychicznie umęczona wiecznym rozkrokiem pomiędzy pracą, a domem. Właściwie w żadnym z tych miejsc nie byłam w 100%.
W domu wszystko robiłam na ostatnią chwilę, w pracy ciągle miałam wyrzuty sumienia, że powinnam jednak zajmować się w tym czasie dziećmi, byłam rozdrażniona i brakowało mi momentu dla siebie. Goniłam z wywieszonym językiem, byłam wszędzie spóźniona, zasypiałam na stojąco. Niemożliwym okazało się pogodzenie 2 kierowniczych stanowisk z wychowaniem trojaczków i posiadaniem jakiegokolwiek życia osobistego.
Z perspektywy czasu uważam, że i tak poradziliśmy sobie świetnie, w tym trudnym roku przebiegłam nawet maraton, do którego treningi zabierały mnóstwo mojego czasu (zwykle przeznaczonego na spanie).
Nie mam nikogo do pomocy, jedna babcia jest aktywna zawodowo, druga daleko, a niania która nam pomagała, wróciła na pełny etat do swojej poprzedniej pracy. Właściwie nie miałam wyjścia. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedniej niani, wszystkie kandydatki albo chciały połowę mojej wypłaty, albo nie spełniały warunków.
Poza tym, mając wybór, stwierdziłam, że nie po to rodziłam dzieci i zakładałam rodzinę, aby teraz przerzucać je od opiekunki do żłobka i widywać je godzinę dziennie, kiedy wszyscy jesteśmy rozdrażnieni, głodni, zmęczeni.
Jestem gotowa, dopiero teraz kiedy moje dzieci poszły do szkoły i przestały chorować, wrócić do pracy. Byłam spokojna, wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie, kariera nie ucieknie, a czas kiedy moje dzieci były malutkie - już się nie wróci. Jest to jednak zawsze osobista decyzja, wiele kobiet, ze względów materialnych, nie ma też wyjścia. Nieważne w jaką stronę pójdziemy - matce zawsze towarzyszą dylematy. Wracać i mieć wyrzuty sumienia, czy zostać w domu i potencjalnie skazać się na wykluczenie z rynku pracy i ewentualne trudności finansowe... - mówi Dagmara Hicks.

Skąd więc decyzja o tegorocznej przeprowadzce do Australii? Rodzina przeprowadziła się na początku stycznia, więc od kilku tygodni mieszka już w Perth.

Mój mąż jest Australijczykiem, (...) chcieliśmy, aby dzieci poszły tutaj do szkoły podstawowej. Nasz rytm dnia jest wyznaczany przez szkołę. Akurat jest lato, więc korzystamy z plaży i słońca. Moje dzieci mogłyby nie wychodzić z wody, więc dobrze się składa. Powoli poszerzamy nasz krąg znajomych, torujemy nowe ścieżki. Jestem optymistycznie nastawiona do życia, więc wierzę, że będzie nam tu dobrze, a jak nie będzie to... nie boję się zmian i przeprowadzek - opowiada Dagmara Hicks.

Nie mogłam nie spytać o to, czym najbardziej różni się Australia od Polski - nie licząc oczywiście temperatury. Wystukując pytania, z zazdrością myślałam o tym, że podczas gdy ja mam za oknem -15 stopni, rodzina Hicksów delektuje się ponad 30-stopniowym upałem. Dokładnie 33-stopniowym. W cieniu.

10 powodów, żeby mieć więcej niż jedno dziecko

- Podstawowe różnice? Ludzie - są przyjaźni, mili i otwarci. Zaczepiają, uśmiechają się do siebie. Szukają kontaktu, chcą porozmawiać. Są życzliwi i pomocni, uwielbiają się odwiedzać, robić huczne imprezy, BBQ, najchętniej celebrowaliby każdy dzień. Australia nie wyklucza seniorów. Widać ich na każdym kroku, nawet jeśli są schorowani, korzystają z życia na swój sposób.
Podejście do dzieci - w każdym sklepie jest kącik dla dzieci, w każdy weekend gdzieś w pobliżu są atrakcje dla dzieci, jest mnóstwo parków, placów zabaw, plaż z ratownikami dla dzieci. Nawet w Sylwestra w miastach fajerwerki są dwa razy - o 21 dla rodzin z dziećmi i kolejne o 24. Dzieci mogą być głośne i samodzielne. Kiedyś pisałam o tym, że w Polsce często się zdarzało, że moim dzieciom dorośli nie odpowiadali na "Dzień dobry", tutaj taka sytuacja nie miałaby miejsca. Dzieci traktuje się jak małych ludzi, mających takie same, o ile nie większe, prawa, jak dorośli.
Pogoda - w Australii według mnie są 2 pory roku - lato i wczesna wiosna, nad czym ubolewam. Jest za to plus - codziennie świeci słońce.
Praca - Australijczycy są dumni ze swojej pracy. Wszyscy ciężko pracują i chodzą do pracy z przyjemnością. W Polsce często nie mamy wyboru i wszelkie zmiany w pewnym wieku są niemożliwe. Tutaj znam wiele przypadków osób, które w wieku lat 40 postanowiły zmienić zawód.
Dowcip - Australijczycy mają bardzo cięte poczucie humoru. Śmieją się z siebie, ale i z innych. Uwielbiają żartować. Są generalnie szczęśliwym narodem. To się tutaj czuje i to uderza w oczy od samego początku.
Sport - większość ludzi ćwiczy. Nie jest to zawsze sport ekstremalny, ale kiedy idę pobiegać, biegam w tłumie. Ludzie chodzą, biegają, jeżdżą na rowerze, uprawiają sporty grupowe, jogę, grają w golfa, pływają, surfują. Jest na to ogromny nacisk. Od mam, które biegają z wózkami, do seniorów właśnie, widać, że sport to ważny dla wielu element życia. Oczywiście umożliwia to pogoda. Zawsze się śmieję, że w Australii jest 320 słonecznych dni w roku. Przy takiej pogodzie aż się chce wyjść z domu. Aktywna to dobry przymiotnik na określenie Australii.
Australijczycy się nie opalają! Mało tego, słońce, które tutaj parzy (nad Australią jest największa dziura ozonowa), jest uważane za wroga publicznego. Nawet w szkole dzieci nie wyjdą na zewnątrz bez czapki. Telewizja, kampanie społeczne, gazety i radio trąbią o konieczności stosowania wysokich filtrów, okularów, czapek, chronienia się w cieniu i picia dużych ilości wody. Trochę inaczej niż u nas - opowiada Dagmara Hicks.

Dagmara nadal pisze o Polsce "u nas". I pewnie nieprędko się to zmieni. Chociaż czuje się obywatelką świata, w naszym kraju kocha wiele rzeczy. Czy przeprowadzka jest na zawsze? Teraz chyba trudno to określić. Zawsze, gdy zatęsknią, mogą przecież wsiąść w samolot i lecieć "tylko" przez dobę ;-)

Zresztą - jest internet. To dzięki niemu Dagmara i niesforne trojaczki, nadal są tak blisko, mimo że tak daleko. A Perth wydaje się równie swojskie, jak Kraków.