POLECAMY

Skandal w szpitalu: Blogerka z mięśniakiem opisała, jak lekarze odmówili jej cesarki. "Pani jest wygodna i sobie wymyśliła, że my to dziecko za panią urodzimy"

"Spróbujcie to sobie wyobrazić. Leżycie przytomni na stole, wszystko słyszycie, wszystkiego jesteście świadomi. I słyszycie, że lekarz, który właśnie rozciął Wam brzuch i wydobył z niego dziecko, dzwoni po radę do przyjaciela..."

Edyta Liebert / 3 miesiące temu
Skandal w szpitalu: Blogerka z mięśniakiem opisała, jak lekarze odmówili jej cesarki. "Pani jest wygodna i sobie wymyśliła, że my to dziecko za panią urodzimy" fot. Joanna Pachla, kolaż polki.pl

Pisanie o tym aż boli. To, co przydarzyło się pani Joannie Pachli, blogerce i matce, jest dowodem na to, że w Polsce wciąż NIE DA SIĘ rodzić godnie, po ludzku. Obszerny wpis o piekle, przez które blogerka przeszła w warszawskim szpitalu, mrozi krew w żyłach. O ironio, że piszemy o tym w dniu, w którym sama Melania Trump odwiedzi tę placówkę, by zobaczyć, jak rodzi się w Polsce. Kpina!

Od kilku miesięcy mamy do czynienia z nagonką na ciężarne kobiety, które chcą rodzić przez cesarskie cięcie. Wciąż niedostatecznie głośno mówi się o tym, jak wygląda opieka okołoporodowa, jak nie dba się o kobiety, które dają życie. Szpitale traktowane są jak fabryki, a kobiety  jak maszyny do rodzenia. To się musi skończyć, bo nie ma słów na sadyzm w polskiej służbie zdrowia, która powinna nieść pomoc i dodawać otuchy, a nie doprowadzać kobiety do załamania nerwowego.

Minister Zdrowia zabroni cesarskich cięć na żądanie?!

"Pani jest wygodna i sobie wymyśliła, że my to dziecko za panią urodzimy".

- Nazywam się Joanna Pachla i mam 31 lat  rozpoczyna swoją opowieść blogerka. Na dziecko decydowałam się świadomie, ale i pod presją czasu. Ponad pięć lat temu zdiagnozowano u mnie mięśniaka macicy. Niby nic poważnego, a jednak ułożony tak, że usunąć się go nie da. Chyba, że z całą macicą. Lekarze próbowali wszystkiego – były eksperymentalne kuracje, gdzie za jedno opakowanie leku płaciłam 700 zł, było branie na przeczekanie, była w końcu embolizacja, którą lekarz prowadzący określił mianem "wywołania zawału, tylko w brzuchu". Z mięśniakiem nie udało się wygrać. Zabieg pomógł, owszem. Ale na krótką metę. Okazałam się jednym z tych nielicznych przypadków, którym mięśniaki się odradzają. W styczniu zeszłego roku usłyszałam więc, że ciąża albo już, albo wcale. Z tym, że trudno może być zajść, a jeszcze trudniej utrzymać.

Nigdy nie byłam miłośniczką dzieci. Ale kiedy dostaje się taki wybór, człowiek nie waha się ani chwili.

Lampka alarmowa zapaliła mi się już w momencie, kiedy położono mnie na sali porodowej. Pytałam kilkukrotnie, czy na pewno wykonają mi cesarskie cięcie – w razie czego, wciąż miałam przecież czas na przeniesienie się do innego szpitala. – Tak, przecież ma pani wskazania.

Około dwudziestej wyłam już z bólu. Skurcze były coraz częstsze, miałam wrażenie, że coś od środka miażdży mi kości. Bolało wszystko – nawet każdy krok Pawła wokół łóżka. Kiedy przychodził kolejny skurcz, krzyczałam, że ma się nie ruszać. Na zmianę płakałam i jęczałam. Paweł kilkukrotnie wychodził po pomoc. Czy ją znalazł? A gdzie tam.

"Byłam spokojna, bo przecież z trzema wskazaniami do cesarki nikt się na naturalny nie porwie. O bogowie, jak bardzo byłam wtedy naiwna"

Kiedy przyszła lekarka, przyciągnęła ze sobą stado studentów, chociaż nikt mnie o zgodę nie pytał. Przez dziesięć minut szukała na USG mięśniaka, ale nie potrafiła go znaleźć, więc do akcji wkroczyła druga lekarka. Po kolejnych dziesięciu minutach orzekła, że to chyba jest to – u góry, po lewej stronie. Nie pomogły zapewnienia, że przecież tyle lat był u dołu, po prawej. Usłyszałam, że mięśniaki mogą się w ciąży przemieszczać – problem w tym, że na kontroli u swojego ginekologa byłam tydzień wcześniej, więc to nierealne, żeby nagle przemieścił się na drugą stronę. To nic, że miałam ze sobą całą dokumentację medyczną – bitych 9 miesięcy ciąży. Lekarka zażądała wszystkich badań mięśniaka, od dnia wykrycia. Czyli z jakichś pięciu lat. Kiedy powiedziałam, że nie mam ich przy sobie, ba – nie mam ich nawet w Warszawie – usłyszałam lekceważące: To pani akurat wie, co pani tam ma!

Pięć lat regularnych wizyt za astronomiczne pieniądze. Tabletki, konsultacje, w końcu zabieg. I od lekarki, która widzi mnie pierwszy raz w życiu na oczy słyszę, że co ja tam wiem i że to chyba jest to. I że mięśniak najprawdopodobniej nie przeszkodzi w porodzie, więc może zatem próbujmy.

Chyba, może, najprawdopodobniej. To od nich miało zależeć życie moje i mojego dziecka.

Tylko żółte papiery zapewnią cesarkę?

Blogerka, o której mówimy, ze szczegółami zrelacjonowała poród w warszawskim szpitalu, w którym od razu domagała się cesarskiego cięcia. Miała trzy powody, a raczej trzy skierowania ku cesarskiemu cięciu. Intuicja podpowiadała jej, że nawet one mogą nie ocalić jej przed bolesnym porodem naturalnym, przed ryzykiem śmierci jej i dziecka. Poród w bólach z mięśniakiem, który rozpruwa cię od wewnątrz? Dla lekarzy i personelu szpitala na Karowej nie ma rzeczy niemożliwych.

Wiem, że masa kobiet załatwia sobie lewe wskazania psychiatryczne i nie dziwię im się ani trochę. Sama jednak mam za sobą półtora roku psychoterapii. Wiem, jak moje ciało reaguje na lęk i nie chciałam dopuścić do sytuacji, w której po poporodowej traumie znów kilka miesięcy czy lat musiałabym się emocjonalnie zbierać. A wszyscy mówili to samo – że prawa pacjenta są w szpitalach pogwałcane, że nikt nie patrzy na wskazania od kardiologa, ginekologa, okulisty. Że tylko wskazania psychiatryczne są tymi, których personelowi nie wolno podważyć. Dlatego tak, zabezpieczyłam się wtedy podwójnie i wzięłam papier także od psychiatry. Bo zwyczajnie miałam do tego prawo  czytamy.

Za dużo nacięć krocza i cesarek, brak sprzętu, ograniczony kontakt matki z noworodkiem. Raport z polskich porodówek

"Wytrzymała pani tyle, to i poród wytrzyma"

Prawdziwe piekło miało miejsce później: ból, który nie pozwalał nacisnąć klamki od drzwi, drżenie rąk, dreszcze, pot na całym ciele, rozdzierający ból. Nikomu nie przyszło do głowy, że tej kobiecie należy się pomoc i szczególne podejście. Można było wykonać zabieg, ale kilka godzin tortur uznano za właściwsze. Panią Joannę uratował... mąż, który zakazał przeprowadzania porodu naturalnego.

W końcu uratował mnie Paweł. Ja byłam tak przerażona i obolała, że zgodziłabym się urodzić im nawet mamuta. To on stanowczo zażądał cesarki. Powołał się na wskazania i odmówił zgody na poród naturalny. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo ta lekarka była wtedy wściekła.

Od razu zawieziono mnie na salę operacyjną, która o dziwo okazała się wolna. Kazano mi przenieść się z łóżka na łóżko w chwili, kiedy trwał kolejny skurcz. Błagałam, żeby zaczekali tych kilkadziesiąt sekund, że ja już z bólu nie mogę. Wtedy jedna z kobiet przerzuciła mnie siłą, a ja usłyszałam, że gdyby miała same takie pacjentki jak ja, to już dawno nabawiłaby się urazów kręgosłupa.

Zanim pozwoliły mi się położyć, miałam coś jeszcze podpisać. Nie wiem, co, ale podpisałabym wtedy wszystko. Przyszedł kolejny skurcz, więc z bólu nie byłam w stanie utrzymać długopisu. – Co tak koślawo! W urzędzie też tylko tak umie się pani podpisać?!

Cesarskie cięcie zakrawało o absurd

To było istne kuriozum; mimo że pani Joanna mówiła wielokrotnie, miała całą dokumentację dotyczącą mięśniaka, jego położenie nawet po USG zaskoczyło kadrę. Na stole operacyjnym, na który łaskawie ją przetransportowano, lekarz... dzwonił do innego lekarza, żeby poradzić się co zrobić z mięśniakiem, którego odkryli w ryzykownym położeniu. Wycinać? Nie wycinać? Może pacjentka, której ciało jest rozkrojone na pół chce coś dodać?

Nie muszę mówić, że mięśniak wcale się nie teleportował? To nie jego lekarka widziała wtedy na USG. Rzeczywiście umiejscowiony był u dołu i mógł stanowić przeszkodę w porodzie. Ba, w trakcie cesarki lekarka dzwoniła do ordynatora, bo nie wiedziała, co dalej z nim robić. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Leżycie przytomni na stole, wszystko słyszycie, wszystkiego jesteście świadomi. I słyszycie, że lekarz, który właśnie rozciął Wam brzuch i wydobył z niego dziecko, dzwoni po radę do przyjaciela. A zanim ten odbierze, pyta mnie, czy wycinamy tego mięśniaka, czy nie.

Powiedziałam, że nie wiem. Że niech oni decydują, bo ja przecież się nie znam. Nie wiem, czy warunki są odpowiednie, czy nie grozi nam wizja krwotoku. – To ja mam za panią decydować?! Przecież to pani macica!

Na szczęście ordynator zabronił wycinać. Zszyli mi brzuch, po raz kolejny wypomnieli, że jestem leniwa, że co to za filozofia urodzić naturalnie. Ale najlepsze usłyszałam na koniec:

Pani myśli, że jest po wszystkim? To teraz pani zobaczy, jak będzie pani z tym brzuchem fajnie. A później pozdrowi pani od nas swojego doktora.

Bez komentarza.

Do tych wydarzeń doszło w szpitalu przy ulicy Karowej w Warszawie. Całą opowieść pani Joanny możecie przeczytać na jej blogu "Wyrwane z kontekstu". Zalecamy usiąść przed lekturą.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (5)
/3 miesiące temu
zona miala cesarke z miesniakiem (ale z powodu nieprawidłowych przeplywow). lekarz przeprowadzajacy zabieg TEZ wezwal kolege do oceny mozliwosci wyciecia miesniaka. Zona "otwarta" czekala kiljainut. Nie mielismy prwtensji, rozumielismy. Takich decyzji nie podejmuje sie samemu (jesli nie ma ageozenia zycia), potrzebna jest konsultacja z inni lekarzami.
/3 miesiące temu
Strach czytać, ale to sama prawda. Cesarka to samo zło, znieczulenie przy porodzie to groźna fanaberia, a znieczulenie u stomatologa to standard (bo idziemy prywatnie i płacimy). Polski absurd.
/3 miesiące temu
Że ten szpital nadal funkcjonuje.... to jest bardzo przykre, bo mnie też chcieli wykończyć...
POKAŻ KOMENTARZE (2)