POLECAMY

Pacjent przywieziony na SOR karetką spędził na korytarzu 22 godziny. To nie wyjątek. Dlaczego tak długo czekamy na pomoc?!

Tak długi czas oczekiwania wiąże się prawdopodobnie z dwoma czynnikami.

Marta Nowak / 4 miesiące temu
Pacjent przywieziony na SOR karetką spędził na korytarzu 22 godziny. To nie wyjątek. Dlaczego tak długo czekamy na pomoc?! fot. Fotolia, kolaż Polki.pl

O tym, co Polacy sądzą na temat funkcjonowania SOR-ów, czyli szpitalnych oddziałów ratunkowych, pisałyśmy już nie raz. W ciągu ostatnich kilku dni natknęłyśmy się jednak na relacje pacjentów, obok których trudno przejść obojętnie.

W szpitalnych oddziałach ratunkowych nie pomaga się pacjentom, bo "lekarze są zajęci piciem kawy"? To zdjęcie wywołało prawdziwą burzę!

22 godziny na korytarzu

Na początku tego tygodnia jedna z naszych redakcyjnych koleżanek przeczytała na Facebooku historię, która przydarzyła się jednej z dziennikarek Dziennika Gazety Prawnej. Pani Magdalena Rigamonti przytoczyła na swoim profilu relację z pobytu na warszawskim SOR-rze swojego ojca.

Wiem, że praca na SOR-rze jest bardzo ciężka, rozumiem, że jest młyn, setki pacjentów, cały czas karetki dowożą nowych, rozumiem, że w pierwszej kolejności trzeba ratować życie, a potem dopiero zdrowie, rozumiem, że system działa nie tak, jak powinien, że lekarze i personel zarabiają za mało, że jest weekend. Ale nie rozumiem tego, co się wydarzyło na tym SOR-ze 20 i 21 maja 2017 roku i jak się domyślam dzieje się każdego dnia
– napisała na portalu społecznościowym dziennikarka.

Ojciec pani Magdaleny w sobotę rano źle się poczuł: gorzej widział, kręciło mu się w głowie, czuł ciężar na ramionach i ból brzucha. Gdy zasłabł, zabrało go pogotowie. Początkowo pielęgniarka na SOR-rze poleciła mu siedzieć na krzesełku, dostał też kroplówkę. Gdy dziennikarka dotarła do niego, zauważyła, że kroplówka praktycznie nie leci, poprosiła więc o pomoc pielęgniarza, który ją podkręcił. Nikt wcześniej tego nie zauważył. Starszy pan czuł się już wówczas na tyle źle, że musiał się położyć – mimo że obok stały dwie wolne kozetki pielęgniarka dopiero po kilku minutach pozwoliła mu jedną zająć.

Ostatecznie wieczorem, po wielu godzinach wyczekiwania na pomoc, mężczyźnie zostaje zrobione USG (z którego niewiele wynika, ponieważ nikt wcześniej nie ostrzegł go, że będzie miał wykonywane badania i by nie jadł i nie pił), a lekarz orzeka, że trzeba go zostawić w szpitalu. Uspokojona dziennikarka wraca do domu wierząc, że zostawia ojca w dobrych rękach. Niestety, okazało się, że całą noc spędził w tym samym miejscu.

W niedzielę rano dzwonię do taty. – Leżę w tym samym miejscu. Nikt się mną nie zajął, nikt mi nic nie powiedział.
Jest 9 rano. Jadę na Wołoską. Ojciec na kozetce, obok niego starszy pan, który leży tu już 24 godziny. – Będą mnie wypisywać - mówi tata. I w tym momencie przestałam być tylko córką. Rozejrzałam się po sali. Ludzie na kozetkach, jak warzywa, czekają od wielu godzin, nie wiadomo na co, nikt już o nic nie pyta, zależni od stąpających wokół bogów - pielęgniarek, sanitariuszy i lekarza. I to nie jest tylko wina systemu, tego że ci wszyscy pracownicy służby zdrowia są źle opłacani.

Ojciec pani Magdaleny spędził więc na SOR-rze 22 godziny. W niedzielę rano inny lekarz orzeka, że można go wypisać do domu. Nie udaje się uzyskać informacji na temat jego stanu zdrowia, tego, dlaczego źle się czuł i zasłabł. Lekarz nie odpowiada na pytania. Dziennikarka włącza dyktafon, mówi kim jest i prosi o kontakt do rzecznika prasowego. Rejestratorki i pielęgniarki odpowiadają, że nie mają, dysponują tylko kontaktem do rzecznika praw pacjenta. Twierdzą, że są na dyżurze od rana, nie wiedzą, co działo się dzień wcześniej. Jakiś sanitariusz rzuca, aby pani Magdalena „poszła sobie do Sejmu z pretensjami”.

W tym czasie widzę jak pielęgniarki zaczynają podchodzić pacjentów, pytać jak się czują, czy objawy ich chorób się powtarzają, czy nasilają. Wspaniały teatr.
Wychodzimy z ojcem (ma już wypis). Bezradni, ja zapłakana z tej bezradności, ojciec ledwie żywy. – Może oni dlatego tak trzymają ludzi na tych kozetkach, żeby przestraszyć, żeby już więcej nie wzywać pogotowia, tylko czekać na śmierć na ulicy. Ktoś dotyka mojego ramienia. – Policja, prosimy o dokumenty...
Obsługa szpitala wezwała policję.
A napisałam to wszystko, bo każdy z nas może się znaleźć w takiej sytuacji. Wystarczy zasłabnąć
– kończy swoją historię pani Magdalena.

Kolory na SOR-rze

Ta historia nas oburzyła, ale niestety nie jest to jedyna taka opowieść, na którą natknęłyśmy się w ostatnich dniach. Podobne przypadki nie są wcale rzadkością nie tylko w Warszawie, ale też na przykład na Małopolsce – Gazeta Krakowska opisała w ostatnią sobotę historię schorowanego pana Edwarda z Krakowa, który na SOR udał się z powodu opuchnięcia nogi uniemożliwiającego chodzenie. Ortopeda odmówił wcześniej konsultacji, ponieważ mężczyzna nie miał skierowania – lekarz polecił udać się więc na szpitalny oddział ratunkowy.

Na SOR-rze wraz z żoną, która mu towarzyszyła, dowiedział się, że czas oczekiwania na badanie może wynosić nawet 12 godzin.

Jak to jest, że w SOR czeka się tak długo? Mąż ma legitymację honorowego krwiodawcy, jest schorowany, a musi czekać na pomoc kilkanaście godzin!? Baliśmy się, że spuchnięta noga może być objawem zakrzepicy
– mówi żona mężczyzny.

Niestety, jak zaznaczają lekarze, tak długi czas oczekiwania wiąże się z dwoma czynnikami: po pierwsze często dyżuruje za mało lekarzy, po drugie zaś – pacjentów jest zbyt wiele, a zdecydowana większość z nich nie powinna szukać pomocy na SOR-rze.

Dziennie średnio udzielamy ok. 150 porad. Zaledwie 20% to są osoby, którym rzeczywiście, zgodnie z obowiązującymi przepisami, przysługuje realne prawo do świadczeń w SOR
– powiedziała dla Gazety Krakowskiej Maria Włodkowska, rzeczniczka Szpitala Uniwersyteckiego. 

Każdy pacjent na SOR-rze zostaje oznaczony innym kolorem w zależności od stanu zdrowia: osoby z czerwonym są przyjmowane natychmiast (są to stany zagrażające życiu), z pomarańczowym – w ciągu 15 minut, żółtym – 90 minut, zielonym – 240 minut, a niebieskim – do 12 godzin. Pan Edward został oznaczony właśnie niebieskim kolorem.

Funkcjonowanie SOR-ów w Polsce budzi ogromne emocje wśród pacjentów. W mediach społecznościowych można natknąć się na wiele historii i opinii z nimi związanych. Poniżej kilka, które znaleźliśmy, zamieszczonych w ciągu ostatnich kilku godzin (pisownia oryginalna):

Sama kiedys usłyszałam od lekarki z POZ jak przyszłam z uderzonym palcem u nogi (!!!), ze po co jej głowe zawracam po skierowanie na prześwietlenie, skoro mogłam iść na SOR i od ręki by mi RTG zrobili. Spytałam ją czy wie do czego SOR służy. Po dłuższych pertraktacjach wystawiła mi niechętnie skierowanie. Czyja wina, że są kolejki?

Miesiąc temu zostałam skierowana od lekarza POZ na oddzial laryngologiczny z dzieckiem- 2 lata, goraczka 39.7', odwodnione, zapalenie sitowia. 1h czekania na triaz, 4h czekania na pediatre, 1h na konsultacje laryngologiczna, potem znow 2h na pediatre... w sumie 8h z polprzytomnym dzieckiem na sorze :

Przecież wiele osób z soru robi przychodnię.... podziekujcie tym co nie chcą czekać u rodzinnego czy specjalisty i blokują w ten sposób miejsca dla osób z zagrożeniem życia !!!!

Niestety, ale lekarze POZ często doradzają pacjentom,że zgłaszając sie na na SOR nie będą musili czekać w kolejce do specjalisty, tylko będzą "obsłużeni" od ręki.

Mysl8cie ze tylko w Polsce tyle sie czeka?? Zaprasza na sor do szwecji ...i wtedy sie przekonacie ze jest to samo....o 17 zglosilismy sie do szpitala...pielegniarka przyszla o o 22 przeprowadzila drugi wywiad bo pierwszy jest przy przyjeciu pacjeta.O 23 przyszedl pielegniarz pobral ktew i mocz....o 2 w nocy przyszedl lekarz powiedzial co i jak i o 3 na wlasny koszt pojechalismy do domu.

Jeżeli na SOR dotarliście na własnych nogach znaczy, ze doszliście w nieodpowiednie dla was miejsce.

Z przytoczonych opinii wynika, że problemem są często nie tylko pacjenci, ale i lekarze, którzy kierują na SOR osoby, które nie powinny się na nim znaleźć. Chorzy skarżą się natomiast nie tylko na długi czas oczekiwania, ale też znieczulicę, która panuje na niektórych oddziałach. Wielu z nich jest zdania, że pacjenci są traktowani jak zło konieczne. Trzeba jednak pamiętać o tym, że lekarze i pielęgniarki zajmują się na dyżurze wieloma pacjentami i często nie mają czasu na uprzejmości – zaznaczają inni.

Kto w tym sporze ma waszym zdaniem rację? Czy jest jakiś złoty środek, który mógłby „uleczyć” sytuację na polskich SOR-ach?

„To naprawdę nie jest praca, tu logika przestaje mieć jakikolwiek sens!". Jak wygląda praca na oddziale ratunkowym?

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/4 miesiące temu
W USA (Georgia) do szpitala z dzieckiem (jelitówka + zapalenie płuc) trafiliśmy około północy, zostaliśmy przyjęci od razu, trafiliśmy do indywidualnego pokoju, gdzie dziecko obejrzał lekarz, praktycznie bez czekania został zrobiony rentgen klatki piersiowej. Posiedzieliśmy w tym pokoju może 3-4 godziny, żeby lekarz wszystko mógł posprawdzać, dostaliśmy coś do picia na odwodnienie, antybiotyk do odbioru w naszej aptece i mogliśmy wracać do domu. Jakiś czas później przyszły rachunki do zapłacenia, 40 USD rentgen i jakieś 460 USD pobyt (kwotę powyżej 500 USD rocznie pokrywało ubezpieczenie i właśnie ten pułap przekroczyliśmy). Ubezpieczenie dla 3-osobowej rodziny 1800 USD / miesiąc (PPO500). W Pomrocznej za darmo - więc i czekać trzeba trochę dłużej.