POLECAMY

Miał nie żyć, a przeszedł pieszo 3,5 tysiąca kilometrów... W podziękowaniu za uratowanie życia wędrował ponad 6 miesięcy!

Najgorsze były 2 hiszpańskie tygodnie bez kontaktu z rodziną. Wtedy, aby przetrwać, musiał grzebać w śmietnikach i żebrać...

Miał nie żyć, a przeszedł pieszo 3,5 tysiąca kilometrów... W podziękowaniu za uratowanie życia wędrował ponad 6 miesięcy! fot. Damian Zabłotny

Mieszkam w małej miejscowości, w której wszyscy się znają. Nawet jeśli nie osobiście, to chociaż z widzenia. Każda wiadomość wzbudza tutaj dużą sensację - ludzie żyją cudzymi ślubami, niechcianymi ciążami i rozwodami. O ile do tych wydarzeń wszyscy już w pewien sposób przywykli, o tyle gdy ktoś nagle postanawia zrobić coś bardzo szalonego albo po prostu wykraczającego poza utarte schematy, wrażenie jest ogromne.

Właśnie coś takiego postanowił zrobić Damian. Zdecydował, że pokona pieszo 3,5 tysiąca kilometrów. Jak pomyślał, tak zrobił. Chociaż spotykał się z najróżniejszymi reakcjami i powątpiewaniem, a cała wyprawa stała się lokalną sensacją, on dopiął swego. Wędrował ponad 6 miesięcy, chociaż jeszcze niedawno według opinii lekarzy... miał nie żyć.

Mapa z zaznaczoną trasą, którą pokonał Damian - fot. Damian Zabłotny

23-latek wyszedł, mając w kieszeni 30 zł, które dał mu przyjaciel. Inny kumpel podarował mu plecak, a jeszcze inny kilka niezbędnych przedmiotów. Komórkę do Krakowa dowiozła mu mama, bo planował początkowo wędrować bez niej. Mapy miał dopiero od Wrocławia, wcześniej drogę wskazywały mu rzeki. Łączność ze światem zapewniał mu telefon, który ładował na stacjach benzynowych.

Skąd właściwie pomysł na to, żeby na piechotę wybrać się do Fatimy?

- Skłoniły mnie do tego doświadczenia życiowe. 2 lata temu miałem wypadek. Poraził mnie w pracy prąd elektryczny. Przeżyłem wtedy śmierć kliniczną. To wydarzenie dało mi do myślenia i z osoby niewierzącej stałem się wierzący. Inspiracją dla mnie był Edward Stachura i Marek Kamiński który rok temu przeszedł całe Camino (czyli pieszą pielgrzymkę szlakiem świętego Jakuba do Santiago de Compostela) w 100 dni.
Moja historia życia jest związana z Matką Boską Fatimską, ponieważ kiedy miałem 3 latka, zachorowałem na sepsę - śmiertelną chorobę. Lekarze mówili rodzicom, że na pewno nie będę mógł chodzić samodzielnie. Po ponad miesiącu spędzonym w szpitalu wypisano mnie w dniu, kiedy do naszej parafii sprowadzono figurkę Matki Boskiej Fatimskiej. Dlatego po latach, zainspirowany też drugim wydarzeniem, postanowiłem wędrować do Fatimy - opowiada Damian.

Kacperek Ochal chory na raka

Damian 2 lata temu - fot. Facebook

Po porażeniu prądem Damian był w ciężkim stanie. Można powiedzieć, że po raz kolejny w swoim życiu toczył walkę ze śmiercią. Znowu lekarze kręcili ze smutkiem głowami, a on po raz drugi postanowił żyć. Gdy wrócił do zdrowia, postanowił zmienić swoje życie. A w podziękowaniu za ocalenie przed najgorszym, ruszył w wędrówkę do Fatimy. Reakcje otoczenia były różne.

- Moi rodzice, szczególnie mama, byli bardzo przerażeni tą decyzją i próbowali na wszelkie sposoby przekonać mnie, że to niewykonalne i żebym dał sobie spokój. Kiedy doszedłem do Hiszpanii mama zrozumiała, że naprawdę dojdę do celu. Zresztą gdyby nie finansowa pomoc mojej mamy, nie dałbym sobie rady, bo wyszedłem z domu, mając w kieszeni 30 złotych...
Z kolei mój tata, gdy mu powiedziałem w jakie miejsce idę, powiedział do mamy: "Puść go! Niech idzie..." z uśmiechem który skrycie mówił, że i tak nie dam sobie rady. Znajomi raczej z dystansem podchodzili do tego, kiedy im opowiadałem o swoich planach. Jednak kiedy z dnia na dzień byłem coraz bliżej, pomagali mi i nigdy nie odmówili wsparcia! - relacjonuje Damian.

Damian po dotarciu do celu - fot. Damian Zabłotny

Tak długa wyprawa nigdy nie jest prosta, ale jeszcze trudniej jest wędrować, gdy nocuje się pod gołym niebem. Z opłaconych noclegów Damian skorzystał 2 razy - imponujące, zważywszy że wędrował 6 miesięcy i 11 dni! Na początku spał w namiocie, ale już po kilku tygodniach porwała go wichura. Potem nocował w opuszczonych domach, na ławkach, w parkach.

Pierwszy plecak ukradziono wędrowcowi we Francji, w miejscowości Chalone. Miał w nim aparat, paszport, paszport pielgrzyma i dziennik oprawiony w skórę. Telefon na szczęście trzymał w kieszeni. Drugi plecak stracił w Avignion. Z tej miejscowości szedł do Marsylii wyłącznie z telefonem i bluzą, którą znalazł. Dopiero po dotarciu do Marsylii udało mu się zdobyć ciuchy - znalazł w śmietnikach 2 pary butów, koszulki i spodenki.

Za najgorszą przygodę Damian uważa jednak hiszpańskie 2 tygodnie bez pieniędzy i kontaktu z rodziną. Wtedy, aby w jakiś sposób przetrwać, musiał szukać jedzenia na śmietnikach i żebrać...

- Najlepsza przygoda? Cała pielgrzymka to jedna wielka przygoda! Najciekawsze przeżycie była wtedy, gdy wtargnąłem na teren elektrowni atomowej w pobliżu hiszpańskiego L'Hospitalet. Sam dokładnie nie wiedziałem nawet, że to teren elektrowni. I trochę wtedy zezłościłem jednego ze strażników, który później z rewolwerem i pałką mnie ganił. Nerwy były i adrenalina. Ciekawym doświadczeniem było też przejście szlaku w Pirenejach w samych japonkach ;) - opowiada Damian.

Górskie wędrówki

fot. Damian Zabłotny

Podobno najtrudniejsze były początki wyprawy. Najgorsze jest podjęcie decyzji, że naprawdę chce się wyjść i ruszyć. Ciężki jest też pierwszy tydzień. Dalej wędrowiec czerpał motywację ze zmieniających się widoków, krajobrazów, poznawania obcych kultur. Odwiedził w końcu 5 krajów.

- W swojej ojczyźnie czujesz się jak w domu. Choć po tej pielgrzymce zacząłem coraz częściej powtarzać takie przysłowie, że 'Twój dom jest tam,gdzie jesteś ty'. W Polsce przechodziłem trochę tak, jakbym był na spacerze, a w obcym kraju (szczególnie na początku) często czułem się jak turysta który zgubił grupę, przewodnika i mapy. W Portugalii byłem bardzo wyobcowany... Ale jak człowiek sobie uświadomi, że przeszedł już pieszo ponad 1000 kilometrów, to właśnie nic mu już nie robi różnicy... - mówi Damian.

Jak przygotować się do samotnej podróży?

fot. Damian Zabłotny

Gdy piszę te słowa, Damian wraca do Polski. Po pokonaniu na pieszo 3,5 tysiąca kilometrów, trasę powrotną odbywa w około 6 godzin. Lot samolotem przybliża go do domu rodzinnego, za którym bardzo się stęsknił.

- Dzięki tej wyprawie zrozumiałem, jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia. Czasami jest to głupi natrysk na polu kukurydzy lub przypadkowo znaleziony kawałek pizzy. Ludzie żyjący normalnie powinni zacząć doceniać małe rzeczy, a wtedy naprawdę będą szczęśliwsi.
Jak zmieniła mnie ta podróż? Z chłopca stałem się facetem... Bo żeby być prawdziwym mężczyzną, trzeba mieć jeszcze kobietę przy swoim boku z gromadką dzieci ;-) Osiągnąłem stan wolności i wewnętrzny spokój. Właściwie przestałem zwracać uwagę na stronę materialną, ponieważ to że posiada się nowy samochód, nie czyni z nas CZŁOWIEKA.
Dzięki tej pielgrzymce zmieniły się moje priorytety. Nabrałem pewności siebie. I zrozumiałem, że jeśli o czymś marzysz i każdego kolejnego dnia zmierzasz małymi kroczkami w stronę tego marzenia, to osiągniesz swój cel ;-) Ta pielgrzymka nauczyła mnie tego, jak być samodzielnym i samotnie przezwyciężać strach. W zasadzie kiedy wychodziłem, byłem pogrążony w depresji, bo wiele w swoim życiu zepsułem. Dzięki tej podróży wyleczyłem się z tego stanu i potrafię cieszyć się z małych rzeczy! - podsumowuje Damian.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/rok temu
Niesamowite, jak człowiek potrafi być silny Duchem.
/rok temu
Brawo!! Szacun;) To dopiero osiągnięcie życiowe ;)) Niesamowita siła charakteru i odwaga!