POLECAMY

Koniec cyfrowych zombie! Popieracie zakaz używania smartfonów w przedszkolach i szkołach?

Uczniowie Anno Domini 2017 chodzą po szkole jak zombie, wpatrzeni w ekrany swoich telefonów, zapamiętale śmigając po nich paluchami. Najpierw nauczyciele prosili, by także podczas przerw korzystać z komórek z głową – jeśli naprawdę potrzeba, krótko. Zaczęło się więc ukrywanie po toaletach. Dzieciaki spędzały każdą przerwę za drzwiami z napisem WC, skąd dochodziły oznaki internetowego życia. Ta toaletowa partyzantka zaowocowała zarządzeniem pani dyrektor, że na terenie szkoły w ogóle nie wolno używać telefonów (ani innych urządzeń elektronicznych). Rozsądnie?

Koniec cyfrowych zombie! Popieracie zakaz używania smartfonów w przedszkolach i szkołach? fot. Fotolia

Kochana P.!
W zeszłym tygodniu klamka zapadła – dyrektorka szkoły, do której chodzi moja córka (druga klasa gimnazjum), wprowadziła zasadę, że uczniowie nie mogą korzystać z telefonów komórkowych podczas przerw. Mogą przynieść swoje komórki, ale przed pierwszą lekcją muszą je wyłączyć, a dopiero po skończonych wszystkich zajęciach mogą je uruchomić. W czasie pomiędzy początkiem a końcem lekcji telefony mają być w plecakach, nieużywane.

Dzieci katolików są mniej życzliwe niż dzieci osób niewierzących

Cała akcja zaczęła się już w ubiegłym roku szkolnym. Potrzeba była ewidentna – na lekcjach pikały powiadomienia, brzęczały filmiki, dzieci sprawdzały, co tam na fejsie. Na radzie pedagogicznej postanowiono więc, że na początku każdej lekcji uczniowie będą podchodzili do biurka nauczyciela i wrzucali komórki do stojącego na nim koszyka. Po 45 minutach mogą je odebrać. Zabierali i…
No właśnie. Pamiętasz, co robiłaś na przerwach w podstawówce? Rozmawiałaś, plotkowałaś, grałaś w gumę lub w okręty, ganiałaś po boisku, chodziłaś do biblioteki, flirtowałaś z kolegami. Tymczasem uczniowie Anno Domini 2017 chodzili po szkole jak zombie, wpatrzeni w ekrany swoich telefonów, zapamiętale śmigając po nich paluchami.
Najpierw nauczyciele prosili, by także podczas przerw korzystać z komórek z głową – jeśli naprawdę potrzeba, krótko. Zaczęło się więc ukrywanie po toaletach. Trzynasto-, czternastolatki spędzały każdą przerwę za drzwiami z napisem WC, skąd dochodziły oznaki internetowego życia.
Ta toaletowa partyzantka zaowocowała zarządzeniem pani dyrektor, że na terenie szkoły w ogóle nie wolno używać telefonów (ani innych urządzeń elektronicznych).
Rozsądnie, powiesz?

Mnie też się tak wydaje. Ale – uważaj – wiesz, kto protestował? Uczniowie, jasne. I ponad połowa rodziców.
Powody podawane przez tych ostatnich: bo jak zapomni zeszytu do biologii, to już babcia nie będzie mogła jej podrzucić; a może będzie mieć coś pilnego do powiedzenia ojcu; to ograniczanie praw, no a co mają robić; teraz są inne czasy.
Zdębiałam. Jestem za wolnością, zawsze. Ale kiedy ktoś jest uzależniony, to po pogadankach, które nie przyniosły efektu, czas na terapię odstawienną. A te dzieciaki były/są uzależnione. Ich życie przeniosło się do świata wirtualnego.
Patrzyłam na swoją córkę, która snuła się po domu z telefonem jak huba przyklejonym do dłoni. Do tego słuchawki w uszach. Tu piosenka, tam fejs, gdzie kilka „rozmów” przez messenger, równocześnie instagram i jeszcze inne okienka, co to już nawet nie wiem, czym są. Wyłączona z realu. Przełączenie się na tryb tu i teraz było trudne. „Zaraz”, „no już”, „momencik”. Kiedy nawet pilnowała się w ciągu dnia, to wieczorem hamulce już puszczały – zasypiała w niebieskim świetle ekranu.

„Porzuć nadzieję, że zapanujesz nad wszystkim. Co będzie – to się zobaczy”. Życie mamy trójki dzieci bywa skomplikowane

Wprowadziłam zasadę – telefon leży na stole w salonie. I tu można z niego skorzystać. Początki były nerwowe, pikania i brzęczenia nieustające, ale oddawanie się nałogowi publicznie najwyraźniej nie jest tak pociągające. Z czasem zrobiło się spokojniej. „Czuję się odtruta”, powiedział moje dziecko. Okazało się, że z koleżankami można się spotkać także naprawdę – na rowerach, w kinie, na spacerze. Pogadać, pobyć.
Sklejenie z komórką najbardziej wypacza właśnie relacje między ludźmi. Niby jest się razem, bo przecież „w taczu”, ale jak to się ma do zwyczajnej relacji międzyludzkiej, niespiesznego poświęcania sobie czasu nawzajem, budowania więzi, czyli tego, co jest podstawą w życiu?

Na pocieszenie, że nie jestem zramolałą matką, która na wszystko kręci nosem i mówi, że „kiedyś, panie, to tego nie było”, przeczytałam artykuł, z którego dowiedziałam się, że Bill Gates prezentował swoim dzieciom telefony komórkowe dopiero po ich 14. urodzinach. A potem uczył je obsługi tego sprzętu – nie technicznej a społecznej: przy stole nie, gdy spędzamy czas razem nie, na dwie godziny przed snem – nie.
Będę szła tą drogą, facet wie, co robi.

Całuję
Twoja A.

Co zrobimy, gdy zabraknie w Polsce lekarzy i pielęgniarek?

Mój miły ramolu!
Temat uwiązania do komórek wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia – jak zawsze gdy czuję, że sama robię coś, czego nie pochwalam.
No bo tak: wraz z zajściem w drugą ciążę oraz przestawieniem się z wydawania książek na pisanie nagle z dnia na dzień wypadłam z machiny korporacyjnej prosto w zacisze pracy we własnym pokoju. Nie spotykam już co dzień kilkudziesięciu kolegów i koleżanek z pracy. Nie pędzę na przystanek, nie jeżdżę komunikacją miejską, nie przemykam po zatłoczonych ulicach centrum miasta, jak to miało miejsce przez wiele ostatnich lat. Teraz przez większość dnia pracuję sama, w ciszy. Poza własną rodziną widuję dziennie zaledwie paru ludzi z sąsiedztwa. A więc jestem za ludźmi trochę stęskniona. Nie chcąc zdziczeć do końca, chętnie sięgam po złudzenie kontaktu.

Dlaczego nie po sam kontakt, tylko po jego złudzenie? Ha! Bo realne spotkanie z drugim człowiekiem zobowiązuje. Trzeba mu poświęcić trochę uwagi i czasu. Jeśli zapraszam do siebie (a jako mama noworodka nie mam dużego pola manewru), to w domu na przyjście gościa powinno być posprzątane, powinnam mieć coś do poczęstowania oraz… podjąć ryzyko, że gość zabawi dłużej, niż przewidywałam. A po prawdzie, pomiędzy pisaniem książki a robieniem korekty gazety, nieprzewidywalnymi jeszcze karmieniami oraz ogólnym zmęczeniem nie bardzo mam na to czas. I chęć. Patrz: punkt o zdziczeniu.
Dla takich dzikusów jak ja telefon jest szalenie wygodny. Można popatrzeć, co tam kto zamieścił na fejsie. Polajkować – niech świat ma ode mnie porcyjkę dobroci. Można z kimś chwilę popisać, a potem zniknąć, nawet niekoniecznie się żegnając – bo te zdawkowe kontakty na Messengerze są jakby wyjęte spod netykiety: nie trzeba się witać, żegnać, pozdrawiać, nie przeklinać. Można być chamem pierwszej wody. Można komuś naubliżać w komentarzach pod artykułem, można sobie niewybrednie ponarzekać albo włączyć się do jakiejś dyskusji, palnąć dowolną mądrość lub głupstwo i zniknąć.

Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet to błogosławieństwo czy przekleństwo?

I już jest poczucie, że jest się między ludźmi, że się dało o sobie znać, że się społecznie istnieje – bo przecież są na to dowody w postaci owych lajków, hejtów, wpisów. Wspaniałe odreagowanie, nie?
Co jeszcze można przez telefon? Ach, no jeszcze POROZMAWIAĆ, ale z tego korzystam rzadko: przecież nie mam czasu... Rozmowa jest bardziej zobowiązująca: w niej ciągle jeszcze wypada się witać, żegnać, pytać, „co słychać?”. Jest jednak szansa, że z ogólnym postępem schamienia i to w końcu zaniknie.
No dobra – dość snucia sarkastycznych wizji. Różnica między mną a dziećmi z Waszej szkoły to WIEK. Ja jestem dorosła i mam pełną świadomość, że to specyficzny czas w moim życiu. Trochę bocznica, trochę samotnia i złaknienie kontaktów z zabieganymi znajomymi. Telefon nie jest dla mnie WSZYSTKIM, jest tylko rozwiązaniem na ten czas, tu i teraz – ZAMIAST. Doskonale sobie jednak potrafię wyobrazić, jak po odchowaniu dzieci znów umawiam się z przyjaciółkami na PRAWDZIWE spotkania w kawiarni, chodzę na kolacje, koncerty itp.

U dzieci USPOŁECZNIENIE dopiero się kształtuje. I jeśli rodzice pozwalają im na korzystanie z telefonów bez zainstalowania kontroli rodzicielskiej i bez limitów, to wyobrażenie tych dzieci o kontaktach międzyludzkich na zawsze pozostanie wykoślawione. Podobnie jak pojęcia marnotrawienia oraz pożytecznego spędzania czasu oraz wiele innych kompetencji społecznych ważnych dla całego ich życia. Dlatego pozwalanie dzieciom na nieograniczone używanie telefonów – głównie dla świętego spokoju i własnej wygody – uważam za ciężką przewinę. I mówię to całkowicie serio. Nie wspominając o szkodliwym wpływie tych urządzeń na zdrowie.
A zatem choć z opozycji Bill Gates – Steve Jobs generalnie wybieram tego drugiego, to w kwestii, którą opisujesz, całkowicie zgadzam się z Billem.
Całuję – i dopytuję kiedy wpadniesz na kawę? ;-)
Twoja rzeczywista P.

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Nie oddam szczęścia walkowerem" i „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/wczoraj
W wielu szkołach taki zakaz obowiązuje. I jest wszystko ok. Kiedyś dzieci nie miały telefonów, jak coś się wydarzyło to dzwoniła sekretarka albo nauczyciel do rodzica i było ok. Jakoś ludzie żyli. Co jak zapomni zeszytu? To się nauczy że jego obowiązkiem jest pamiętać o lekcjach i potrzebnych mu rzeczach. Nie jest niepełnosprawny umysłowo skoro umie obsłużyć telefon to chyba i może zapamiętać tak prosta rzecz jak pakowanie tornistra. Chyba że rodzice robią z dziecka nieporadnego niezdolnego do samoistnienia osobnika. Który niedługo zapomni jak się podcięta tyłek i będzie dzwonił z kibla do matki o pomoc. Na litość Boską wasze dzieci są mądre nie róbcie z nich de.. bili. W szkole mojego dziecka również ma wejść taki zakaz i owszem popieram go. Jak wszyscy rodzice z klasy mojego syna. Odsetek rodziców którym.to nie odpowiada jest minimalny. Mój syn ma telefon owszem. Ale do szkoły go nie zabiera.