POLECAMY

Czym różnią się dzisiejsze wakacje od tych w PRLu?

W PRL-u robotnicy, którzy po raz pierwszy wyjechali na urlop gdzie indziej niż do rodziny na wieś, byli zachwyceni. Byciem karmionymi, obsługiwanymi, ubikacją na każdym piętrze i łazienką w podziemiach, jedną na ośrodek. Minęło parę dekad. I choć stać nas na więcej, nadal zapominamy o tym samym...

Czym różnią się dzisiejsze wakacje od tych w PRLu? fot. Fotolia

Opalona A.!

Wakacje w pełni skłoniły mnie do kolejnej refleksji. Czytałam ostatnio serię artykułów o wakacjach w PRL.

Robotnicy, którzy po raz pierwszy wyjechali na urlop gdzie indziej niż do rodziny na wieś, byli zachwyceni. Byciem karmionymi, obsługiwanymi, zabawianymi przez nieocenionego kaowca, ubikacją na każdym piętrze i łazienką w podziemiach, jedną na ośrodek (autentyk z jednego z orbisowskich obiektów).

Inteligenci, jak to inteligenci, prychali. Że zupa z wkładką mięsną obrzydliwa, że poniedziałki na turnusach w ogóle bezmięsne, a potańcówki i inne rozrywki prymitywne.

Wyższe szczeble władzy, wbrew hasłom o równości i braterstwie, wcale się nie równały i bratały, tylko miały własne, legendarne, niedostępne dla plebsu miejscówki.

Generalnie zaś władza była rozczarowana wynikami pewnej ankiety powszechnej, z której wynikało, że ponad 60% rodaków wcale nie marzy o wczasach w FWP, tylko o małym domku w ustronnym miejscu, najlepiej posiadanym na własność.

Minęło parę dekad. Poszerzyły się możliwości, a wraz z nimi świadomości.
Najpierw zachłysnęliśmy się grecko-tureckimi all exclusivami. Nadal jeszcze je trochę lubimy, a zarazem trochę z nich kpimy.

Ci, którzy mogą sobie pozwolić na prawdziwą egzotykę, nie tę tanią, w zasięgu dwugodzinnego lotu – szpanują Nepalami, Florydami i Azerbejdżanami.

Ci, którzy nie mogą – wychwalają urodę polskiej ziemi, zarzekając się, że 16 stopni w Bałtyku z palcem w nosie im wystarcza i nie lubią „pływać w zupie”.

Pracoholicy poprzestają na weekendowych wypadach i szukają w kalendarzu „mostów” – by kosztem jednego, dwóch dni urlopu zyskać pięć dni wolnego.

Dzieciaci – to sama wiesz najlepiej. Urlop z dziećmi jest radochą dla dzieci, w żadnym razie nie wypoczynkiem dla rodziców. Odmianą – owszem, satysfakcją – jak najbardziej, ale nie odpoczywaniem.

Przeglądam Facebook, by sprawdzić, jak urlopują znajomi. Mazury. Tatry. Bałtyk. Chorwacja – to przewija się najczęściej. Pod względem rozrywek: żagle. Górskie wędrówki. Weekendowe kajaki. Piwo i grill, koniecznie z podpałką. Od niedawna do tego zestawu dołączyły także grzybobrania.

Jak dzisiaj wypełnilibyśmy ankietę o wymarzonych wakacjach? Jak myślisz?

Ściskam Cię – i lecę do mamy na działkę. To też jedna z opcji, a jakże!

Twoja P.

Czy istnieje ciało idealne? Czyli kilka słów o tym, jak w końcu zaakceptować niedoskonałą siebie!

Kochana P.!

Wakacje w PRL-u to była zupełnie inna bajka. Wiesz, że rodzinne spędzanie „czasu wolnego od pracy” to całkiem nowa historia? Parę dekad temu zakład wysyłał na odpoczynek swojego pracownika wraz z innymi kolegami i koleżankami z pracy. Zmieniało się więc otoczenie, ale nie towarzystwo. Rodzina spędzała urlop oddzielnie.

To było przeżycie – zwłaszcza dla tych, co wcześniej nie wyjeżdżali na zorganizowane wczasy.

Onieśmielały duże ośrodki wczasowe, wykładziny na podłogach, które „żal było deptać”, świetlice z telewizorami. Pamiętam materiał w jednej z kronik filmowych, gdy taki świeżo upieczony wypoczywający na pytanie reportera, jak mu się podoba, odparł, że bardzo. I że się trochę bał tego wyjazdu, bo nie wiedział, czy będzie się potrafił zachować w takich eleganckich warunkach. No i żałuje, że zabrał swoje najlepsze wyjściowe ubranie, które go pije pod pachą, bo na licznych wycieczkach nie jest mu wygodnie, a koledzy są w szortach…

Potem do pracowników dołączyły rodziny, więc zapewne i jakość wypoczynku się zmieniła. Choć, jak mgliście pamiętam, na takich zorganizowanych wyjazdach dość sprawnie organizowano ludziom czas i nawet pozwalano rodzicom odetchnąć od dzieci.

Kolejne dekady urlopowania układały się zgodnie z przemianami społeczno-politycznymi. Już nie tylko demoludy były wakacyjnym kierunkiem, ale i dotąd niedostępny Zachód. Polacy zachłystywali się atrakcyjnym światem, choć często było to lizanie cukierka przez szybę – finanse mieliśmy dramatycznie odmienne.

A teraz? Mówisz, masz. Świat jest na wyciągnięcie ręki. To już nie pusty slogan, ale rzeczywistość. Nawet w odległe zakątki ziemi możesz polecieć, nie wydając na to fortuny. Tanie loty są naprawdę tanie, a bilet kupowany z półrocznym wyprzedzeniem w zasięgu przeciętnego portfela.

Możesz sama planować wyjazd lub oddać się w ręce biura podróży. Spędzać czas w europejskich stolicach lub na mazurskiej dziczy. Dla dzieci są obozy przetrwania, wakacje slow lub w siodle. Kursy tańca lub sportowe. Żyć nie umierać.

Zmieniło się wiele, choć pozostało jedno. Przedwakacyjny stres. Wakacyjny stres. Powakacyjny stres.

Pierwszy to nerwowe zapisywanie listy absolutnie-niezbędnych-rzeczy. Bieganie z nią po sklepach. Nerwowe sprawdzanie, czy w walizce jest wszystko. Utyskiwanie, że korek, a dzieci na tylnych siedzeniach się nudzą lub biją.

Drugi to mania wykorzystywania czasu na maksa. Jeszcze ten zabytek, jeszcze tamten. I koniecznie ognisko wieczorem, wypad do skansenu i spływ kajakiem. A jeżeli, nie daj Bóg pada… Dramat i niesnaski.

Stres trzeci to gwałtowne przerzucanie się z jednego porządku w drugi. Walizki trzeba natychmiast rozpakować, zebrane na półkach kurze powycierać bez zwłoki, a w pracy od razu odpowiedzieć na wszystkie trzysta pięćdziesiąt dwa maile.

Tymczasem w urlopie – o czym często zapominamy – chodzi o to, żeby wypocząć. Zostawić za sobą sprawy zawodowe, domowe i z przyjemnością trwać w tym, co tu i teraz. Nie trzeba się napinać, warto posłuchać organizmu, o co nas prosi. Leżenie i wpatrywanie się w niebo lub kanapa, koc i książka to także odpoczynek. Ba, nudzenie się też jest potrzebne – zwłaszcza dzieciom.

Nazwa wakacje pochodzi od łacińskiego vacatio – wolność od czegoś, zwolnienie od obowiązków. Vacatio zaś od czasownika vaco – być pustym, wolnym, opróżnionym, nic nie robić, mieć wolny czas.

Warto sobie o tym przypomnieć, zwłaszcza w lipcu i sierpniu.

Całuję i idę na leżak robić nic.
Twoja A.

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Dwie autorki poczytnych książek - Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż - wymieniają ze sobą listy - o życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne. A my je publikujemy na Polki.pl.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.”  już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na funpage pisarek!

 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)