POLECAMY

Umarł w kolejce do szpitala. Jak się leczy raka w Polsce?

Szybka terapia onkologiczna. Miało być tak pięknie, ludzie chorujący na raka w Polsce mieli mieć łatwiejszy dostęp do lekarzy, badań i leczenia. Maks 9 tygodni do diagnozy. Więcej mam, ojców, sióstr, braci, synów i córek miało być ratowanych. Miało być tak pięknie, ale wyszło… jak zawsze. A on z zaawansowanym rakiem z przerzutami umarł w mękach w kolejce do szpitala nie doczekawszy nawet wizyty w poradni leczenia bólu.

Umarł w kolejce do szpitala. Jak się leczy raka w Polsce? fot. Fotolia

„Szybka terapia onkologiczna to fikcja” - taki komentarz usłyszałam od jego żony na pogrzebie.

Od pierwszej wizyty u lekarza z konkretnymi bardzo niepokojącymi objawami do diagnozy minęło kilka miesięcy. Po miesiącach czekania, wizyt u lekarzy i czekania i badań i czekania na badania i czekania na wyniki badań, a potem czekania do lekarza mamy werdykt - nowotwór złośliwy. Najpewniej z przerzutami. Stan poważny, a przez te ostatnie tygodnie się mocno pogarszał.
W KOŃCU jednak dostał upragnione skierowanie do szpitala onkologicznego i ustalono termin przyjęcia. Miesiąc temu na koniec kolejnego miesiąca. A że bardzo cierpiał, to dostał też skierowanie do poradni leczenia bólu. Wizytę udało się umówić „już” na za dwa miesiące z hakiem, czyli później niż termin rozpoczęcia leczenia w szpitalu. Co z tego, że boli teraz. Kolejka jest, trzeba poczekać.

Jak stracić godność w Polsce? Odpowiedź jest prosta - zacznij chorować.

W tzw. międzyczasie jedno z badań, które rodzina przyspieszyła, korzystając ze znajomości wykazało, że przerzutów jest wiele i że w zasadzie, to trzeba działać jak najszybciej, bo inaczej organizm może nie dać rady i nie wytrzyma któryś z organów wewnętrznych. A na pewno jak najszybciej należy zacząć terapię, która uśmierzy lub zmniejszy ten ogromny ból, który towarzyszył mu non stop. Przez który nie mógł spać, jeść, myśleć, rozmawiać z córką. Przez który wył nocą w poduszkę, a gdy już nie dawał rady to krzyczał, tak że sąsiedzi przychodzili z interwencją. „Zabijcie mnie, dajcie mi umrzeć, ja tego już nie wytrzymam!”.

Bo jak masz raka, to czasami tak boli, że chcesz umrzeć. I nieważne, że masz dla kogo żyć. Bo nie chcesz już NICZEGO, tylko żeby nie bolało. I kompletnie nie obchodzi cię, że zrozpaczona córka wypłakała już wszystkie łzy. Że bezradna żona obdzwoniła wszystkich ludzi ze swojej książki telefonicznej z błaganiem o pomoc i że upokarzała się w szpitalu i przychodniach przed personelem medycznym, starając się coś przyspieszyć, załatwić. I że nawet raz ją ochrona wyprowadzała, bo postanowiła, że nie wyjdzie bez porozmawiania z Bardzo Ważnym Profesorem.
Tak potwornie boli, że chcesz po prostu umrzeć, żeby nic już nie czuć.

"A pani znów wyłudza zwolnienie", czyli jak leczy się raka w Polsce?

No to umarł. Tak jak chciał.

A już był w ogródku, już witał się z gąską. Już miał upragnione skierowanie do szpitala onkologicznego i ustalony termin. Ale wziął i umarł. A już tyle wytrwał. I zamiast doczekać jeszcze ten miesiąc w domu, gryząc nawet z bólu własne pięści, to umarł. Co za frajer.

Na koniec przypomnę, dlaczego powstał nowy pakiet onkologiczny, cytując za Ministerstwem Zdrowia:
„Pacjenci onkologiczni - ze względu na rodzaj schorzenia - muszą być otoczeni szczególną opieką. W ich przypadku czas ma bardzo duże znaczenie. To, czy pacjent chory na nowotwór złośliwy przeżyje, zależy przede wszystkim od wykrycia choroby w jak najwcześniejszym stadium. Dlatego od 1 stycznia 2015 r. pacjenci z podejrzeniem nowotworu są leczeni w ramach szybkiej terapii onkologicznej”.

AHA...

Więcej ciekawostek na ten temat na: http://pakietonkologiczny.gov.pl

A więcej tekstów na ten temat i inne równie ważne znajdziecie w dziale Magazyn.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/wczoraj
Tak to fikcja. Mój tato zmarł nie rozpoczynając nawet terapii onkologicznej, Przy nowotworze płuc i stwierdzonych na usg przerzutach do wątroby dostał skierowanie na tk (ponad miesiąc czekania, później znów czekanie na wynik i po diagnozie zostawiony sam sobie) i silne tabletki przeciwbólowe, które tylko pogorszyły jego zdrowie i osłabiły wątrobę, po kilku dniach wylądował na pogotowiu, tam cewnik i natychmiastowe skierowanie do szpitala. Nie przyjęli go, bo weekend. Po weekendzie trafił do szpitala w którym raka się nie leczy, pobył tam pięć dni a po następnych pięciu zmarł, szybciutko, na szczęście bez bólu. Dzięki marskości wątroby nie cierpiał, więc w pewnym sensie miał szczęście, że przerzuty były akurat tam. W dniu śmierci z pierwszą wizytą była pani doktor z opieki paliatywnej do której zgłosiłam tatę dużo wcześniej. Chcę dodać, że tato regularnie się badał, robił rtg, ale lekarz w przychodni nie reagował na jego pogarszający się stan zdrowia i prośby o skierowanie na badania. U nas zawiódł lekarz pierwszego kontaktu i pulmonolog u którego tato się leczył. Nie mogę do dziś pogodzić się z jego śmiercią, nie tak to miało wyglądać. Współczuję wszystkim którzy chorują oraz ich bliskim, to bardzo ciężki okres w życiu, niesamowicie obciążający psychikę. Ta bezradność i poczucie, że to jest tak straszne i wydaje się niemożliwe, jak koszmar z którego człowiek się nie budzi. Tego nie da się wymazać z pamięci, choć minęło już trochę czasu. Dużo siły życzę wszystkim chorym i ich bliskim.
/przedwczoraj
przeszłam to, odsyłanie od lekarza do lekarza, centrum onkologiczne tak nowoczesne i rozległe ze zdrowy młody człowiek sie gubi, a co schorowany staruszek z wyrokiem- rakiem? Kolejki i terminy, badania i dojazdy, jak królik doswiadczalny, jak rzecz, bezosobowo... Mimo ze miejsce w szitalu pomogli mi załatwic znajomi znajomych (nigdy nie wiesz kto ci pomoze i na kogo liczyc nie bedziesz mógł) mój tato zmarł 3 grudnia, a juz 4 miał zaczac radioterapie...