POLECAMY

Rozwiedzeni rodzice, brak rodzeństwa, życie w bloku to powód do... zazdrości? Dzieci potrafią zaskakiwać

Na każdą rzecz można patrzeć z diametralnie różnych stron – a już ogląd dziecka bywa naprawdę szokujący inny od naszego. Rozmawiajmy więc z dziećmi. Dużo rozmawiajmy. To bywa frapujące jak poznawanie kosmosu. I wiele wyjaśnia nam, dorosłym.

Rozwiedzeni rodzice, brak rodzeństwa, życie w bloku to powód do... zazdrości? Dzieci potrafią zaskakiwać fot. Fotolia

Droga A.!

Opowiem Ci dzisiaj krzepiącą historię o dobrym domu.
Przyjaźń mojej Zosi z drugą Zosią ciągnie się od ich wczesnego dzieciństwa. Właściwie to zaczęły nie od lubienia, a od czubienia: podkradały sobie naklejki znad wieszaków w szatni, rywalizowały w osiągnięciach, aż koniec końców niepostrzeżenie stały się nierozłączne. Razem chodziły na siatkówkę i jeździły na obozy sportowe, odwiedzały się tak często jak się da, a od czasu do czasu zostawały u siebie na nocowanie. Moja mówi, że do dziś zdarza im się kłócić, ale że lubi nawet te kłótnie – bo przynajmniej nie jest nudno.

Jesteś złą matką. Bo wyjechałaś na dwa dni i zostawiłaś dziecko. SAMO? Nie, ale i tak jesteś NAJGORSZA

Ja zaś bardzo lubię i samą drugą Zosię, i całą jej rodzinę.
Jest to rodzina z wartościami i dobrze zorganizowana. Ich dom jest nowoczesny i funkcjonalny. Ogród pomysłowy i zadbany. Wszyscy oni – a mają troje dzieci – usportowieni, zdrowi i uśmiechnięci. Przyjemnie patrzeć, jak lubią spędzać ze sobą czas, jak się razem bawią, gotują, jedzą. Skoro mowa o jedzeniu – chapeau bas przed ich kuchnią – ultrazdrową i bardzo smaczną.
Rodzice K. słuchają też swoich dzieci. Podążają za ich zainteresowaniami, pomagają w rozwiązywaniu problemów, jeśli trzeba, dokształcają się z książek lub radzą się specjalistów.
Do tego jeszcze – wisienka na torcie: do niedawna, do pomocy przy dzieciach, mieszkała z nimi babcia, również niezmiernie miła starsza pani o nienagannych manierach i dużym ładunku babcinego ciepła.

Wszystko to sprawiało, że kiedy u mnie gorzej się działo, martwiłam się, że pewnie moją Zosię potajemnie wprost skręca się z zazdrości. Szczerze żałowałam, że nie mogę jej zaoferować takiego dzieciństwa. Pewnego razu weszliśmy z państwem K. na ten temat – acz od drugiej, nieoczekiwanej strony.
– Nasza Zosia wszystkiego waszej zazdrości – westchnęła mianowicie pani K.
Pomyślałam, że się przesłyszałam.
– Wasza: mojej? – upewniłam się.
– Tak – potwierdziła pani K. – A najbardziej trzech rzeczy: tego że mieszka w bloku, że nie ma rodzeństwa i że ma rozwiedzionych rodziców.

Ratunku, ktoś podmienił mi dziecko! Jak przeżyć bunt dorastającego syna lub córki?

Mieszkanie w bloku oznacza furę dzieci z osiedla, z którymi można biegać po alejkach i spotykać się na placach zabaw, wpadać do siebie na pięć minut, wyprowadzać razem psa, towarzyszyć sobie w misji skoczenia do spożywczaka, wywoływać się nawzajem z balkonów lub domofonami znamiennym „wyjdziesz?”. Słowem – nigdy nie jest nudno.
Brak rodzeństwa – wiadomo. Niczym nie trzeba się dzielić, ustępować młodszym, tracić czasu na wyrozumiałość i cierpliwość, uwzględniać, że „berbecie” – jak druga Zosia nazywała swoją młodszą siostrę i brata – z czymś nie nadążą, nie poradzą sobie i mają określone, powiedzmy sobie uczciwie: upierdliwe potrzeby.
Rozwiedzeni rodzice natomiast to interesujące, nieoczywiste życie. Krążenie między domem mamy i taty, dwa foteliki samochodowe, dwa łóżka, dwa zestawy kapci, piżam, szczoteczek do zębów, książek na dobranoc, rytuałów usypiania i zabawy. Dwa różne modele życia, sposoby spędzania czasu, dwie różne kuchnie. Po prostu wszystkiego dwa razy więcej. I jeszcze ta nierozproszona uwaga: jestem jedyna dla mamy i jedyna dla taty.
Oniemiałam. Nigdy, przenigdy nie przyszło mi do głowy tak na to spojrzeć.

Minęło parę lat. W rodzinie mojej Zosi – a nawet w obu jej rodzinach – wszystko się zmieniło. I u mamy, i u taty przybyło jej rodzeństwa. Nie mieszka już w bloku. Nie jest dla swoich rodziców jedyna. Deklaruje wielką szczęśliwość. Ja jednak dobrze pamiętam tamtą nauczkę, że na każdą rzecz można patrzeć z diametralnie różnych stron – a już ogląd dziecka bywa naprawdę szokujący inny od naszego.
Rozmawiajmy więc z dziećmi, Droga A. Dużo rozmawiajmy. To bywa frapujące jak poznawanie kosmosu. I wiele wyjaśnia nam, dorosłym.

Całuję!
Twoja P.

Dlaczego prace domowe dzieci muszą odrabiać rodzice - czyli co nie gra w polskich szkołach

Kochana P.!

Sytuacje, kiedy wydaje Ci się, że wiesz, co myśli/czuje druga osoba – dorosła lub niedorosła – a potem okazuje się, że zupełnie nie trafiłaś, są bardzo częste.
Dzieci dotyczy to w szczególności.

Kiedy miała się urodzić moja najstarsza córka, wyprowadziłam się pod Warszawę. Za płotem łąki, za łąkami las, świerszcze cykały, ptaki ćwierkały, księżyc – jako jedyny – oświetlał okolicę. Sielanka i natura, na łonie której spędzaliśmy wolny czas. Do momentu gdy zaczęłam wozić córkę do Warszawy: na koncerty, wystawy, do muzeum lub po prostu na spacery. Wtedy się okazało, że te wyprawy w spaliny, hałas i tłum są przecudowne. Bo jest dużo świateł. Są tramwaje, niezwykłe metro i tyle sklepów. No i wszystko jest większe i intensywniejsze. A przede wszystkim – inne.

W tej inności klucz.

Gotujesz wymyślne obiady trzydaniowe, a dziecko wraca z wakacji u babci i mówi, że niczego lepszego niż ziemniaki  z koperkiem i zsiadłym mlekiem nie jadło.

Wozisz na wakacje samochodem, żeby było wygodniej, szybciej, lepiej, a tu się okazuje, że podróż pociągiem jest równie ekscytująca co sam wyjazd. Choć przecież Ty, która w dzieciństwie zawsze jeździłaś pociągami, masz ich dość i dla Ciebie synonimem luksusu jest auto.

Śledzisz nowości w Smyku, podpatrujesz, czym się bawią inne przedszkolaki, rzucasz okiem na reklamę, pozwalasz dziecku wybrać sobie jakąś pamiątkę-zabawkę z nad morza, a ono w zapyziałym geesie wypatruje komplet trzech małych plastikowych sitek i twierdzi, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek w życiu dostało.

Jesteś fanką aktywnego spędzania czasu – rowery, rolki, przełaje przez las. Raz Ci nie starcza zapału lub pomysłu i z wyrzutem sumienia zabierasz dzieci na spacer, który jest leniwym snuciem się po okolicy – bez celu i hasła przewodniego - i okazuje się, że dzieci są zachwycone.

Za każdym razem chodzi o to, że wydarza się coś innego. Coś, co przełamuje rutynę. Jest nowe i to wystarczający walor, by wzbudzić entuzjazm.

Takie rozmowy z dziećmi i poznawanie ich przemyśleń o świecie – kiedy jeszcze nie są wzięte w sztywny kaftan przekonań i sądów – są niezwykle cenne i ożywcze. To zresztą jeden z najwspanialszych bonusów bycia rodzicem, który nazywam zwielokrotnionym życiem: żyjesz życiem swoim i swoich dzieci, uczysz je świata, ale i ty poznajesz ten świat na nowo.

Całuję ciepło w ten deszczowy dzień
Twoja A.

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Nie oddam szczęścia walkowerem" i „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)