POLECAMY

Anna Kowalczyk: Żaden z trzylatka Polak

Czy da się nie żyć przeszłością? Ja próbuję. Dlatego dziś nie zabiorę synka ani na Marsz Niepodległości, ani na żaden inny. Nie tak będziemy celebrować radość, że żyjemy w niepodległym kraju. Zabiorę go na Mazury, będziemy łazić po lesie i uczyć się nazw drzew. Pozbieramy śmieci. A na wieczór poczytam mu Brzechwę i Tuwima.

Anna Kowalczyk / 6 miesięcy temu
Anna Kowalczyk: Żaden z trzylatka Polak fot. Fotolia

„Żaden z trzylatka Polak, trzylatek to ledwie półczłowiek, półbestyjka kochana, małpiszon, nie żaden Polak” – oburza się bohater Twardochowej „Morfiny” Konstanty Willeman, gdy jego żona uczy 3-letniego Jureczka „Katechizmu polskiego dziecka” Władysława Bełzy, znanego szerszej publiczności jako wierszyk, „Kto Ty jesteś? - Polak mały”.

Ja mojego 3-letniego małpiszona też nie zamierzam tego wierszyka uczyć, choć jak znam życie, ktoś zrobi to za mnie prędzej, niż później. Czy mój synek będzie przez to złym Polakiem? Polakiem drugiego sortu? Zaprzepaszczę nieodwołalnie jego patriotyzm, gdy mu zabronię przebierać się za żołnierza i biegać z plastikowym karabinem? I deklamować z przejęciem: „Cym zdobyta? Klfią i blizną!”. Być może.

Zresztą, pewnie mu nie zabronię, a nawet jeśli, to niewiele wskóram, bo uwielbienie bohaterszczyzny jest w nas Polakach tak silne, a w polskiej szkole tak obecne, że będzie to co najwyżej porywanie się z szabelką na czołg. Nieudolne i żałosne.

Tym bardziej, że akurat mamy modę na tromtadrację, militaryzację, przydech patriotyczny i bezkrytyczny samozachwyt wszystkim, co polskie, dlatego że polskie, przy jednoczesnej nieufności i wrogości do wszystkiego, co polskie nie jest. No chyba, że to niemieckie samochody w dobrej cenie, albo fundusze unijne, bezzwrotne.

Przeczytaj inne felietony naszych komentatorów m.in. Hanny Samson, Roszczeniowej Trzydziestki, Filipa Chajzera

„Polska bastionem Europy” –  pod takim hasłem przejdzie Marsz Niepodległości. Minister Edukacji na oczach całej Polski dwoi się i troi, żeby się nie przyznać do, wcale nie jedynej i wcale nie największej plamie na honorze Polaków – pogromu jedwabieńskiego. Nowe programy nauczania historii już ponoć gotowe.

I tak sobie myślę, że musiałam zostać matką, żeby pojąć jak bardzo jest coś źle z takim widzeniem świata. Jakoś wcześniej nie miałam żadnego problemu z kultem Małego Powstańca i w ogóle z zabawą dzieci w ginięcie za ojczyznę. Nie żebym brała czynny udział, ale tak przywykłam, że zdawało mi się to przezroczyste i niewinne. A teraz cierpnie mi skóra, gdy w publicznym kanale dla najmłodszych nowy film o dzieciach w Powstaniu Warszawskim reklamują z emfazą: „Kiedyś wszyscy walczyli za ojczyznę, TAKŻE DZIECI”.

Film nazywa się „Fajna ferajna” i może nawet jest fajny, nie wiem, obejrzę albo i nie. Ale wczoraj normalnie wstałam z kanapy i nawrzeszczałam na telewizor. Serio? Tego chcecie uczyć moje dziecko? Że powstanie było FAJNE? I walka dzieci w Powstaniu to FAJNA SPRAWA? Ja wiem, że „słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę” to nie jest polski wynalazek, ale na litość boską, może niechby choć po osiemnastce? Seksu wkrótce zabronią przed, ale umieranie to już fajne?

Nie zrozumcie mnie źle, wiem że to się zdarzyło, zdarza i zdarzać będzie, bo wojna to ekstremum ekstremów i różnie bywa. Czasem i tak, że walczą w niej dzieci. Ale przeraża mnie fakt, że zwykliśmy w Polsce mówić o tym, jak o rzeczy wzniosłej i chwalebnej, a nie jako największej porażce, klęsce i upadku ludzkości. Naprawdę, w dzieciach ginących na wojnie, nawet (a może zwłaszcza) z karabinem w ręku, nie ma nic wzniosłego, ani pięknego, ani fajnego. Zresztą w dorosłych też nie ma. To się nie powinno zdarzać, trzeba robić wszystko, by się nie zdarzyło, a gdy się jednak zdarzy, trzeba wyć z rozpaczy, nie urządzać festyny z watą cukrową.

Że bez tego się nie da? Bo taką mamy historię – krwawą i bolesną, historię uciski i oporu przeciw niemu? No pewnie się nie da, gdy się wciąż żyje przeszłością. A czy da się nie żyć? Nie wiem, ja tam jakoś próbuję. Dlatego dziś nie zabiorę swojego synka ani na Marsz Niepodległości, ani na żaden z konkurencyjnych marszy. Nie tak będziemy celebrować naszą narodową dumę i radość z faktu, że żyjemy w niepodległym kraju.

Zabiorę go na Mazury, będziemy łazić po lesie i uczyć się nazw drzew i jezior. Pozbieramy śmieci i wyrzucimy do kosza. Będziemy jedli gęsinę i marcińskie rogale i ciągle go będę poprawiać, że nie mówi się „idłem”, tylko „poszedłem”. Poszłem też nie przejdzie. A na wieczór poczytam mu Brzechwę i Tuwima. Nikt tak pięknie nie uczy dzieci polszczyzny, jak ci dwaj Żydzi.

4000 policzków - Anna Kowalczyk ostro komentuje nowy pomysł rządu

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)